Wirtualny Rosjanin realnie zagroził moskiewskiemu obozowi władzy
Jurij Szewczuk, żywa legenda, rosyjski Bob Dylan znany z krytycznego stosunku do Kremla, został zaproszony przez Władimira Putina. Podczas spotkania zapytał go: „jaki ustrój mamy w kraju- demokrację czy monarchię, skoro niewygodnych ludzi bije się na ulicy?”. Rockman do dzisiaj, przy każdej okazji powtarza, że ze słów Putina „wywnioskował monarchię”. Postać antysystemowego muzyka, kontrastująca z systemem sowieckim a później putinowskim, znajduje godnych naśladowców w „nowych” realiach prezydentury Dmitrija Miedwiediewa. Rosyjski underground stopniowo przenosi się ze scen muzycznych do rosyjskiego internetu, a nowym Szewczukiem stają się internauci pokroju Aleksieja Nawalnego. Są zresztą bardziej popularni od gwiazd rocka!
Wirtualny mer Moskwy
Nawalny to dziś najpopularniejszy bloger w Rosji- czyta go 250 tysięcy stałych czytelników, przedruków nie sposób zliczyć. Urodził się w 1976 roku, ukończył prestiżowy amerykański uniwersytet Yale, z zawodu jest prawnikiem. Zanim został najpopularniejszym rosyjskim internautą, działał aktywnie w nacjonalistycznej przybudówce Kremla- Ruchu Przeciw Nielegalnej Imigracji, później w prokremlowskiej partii Sojuszu Prawych Sił, której przewodził Nikita Biełych, osoba kluczowa na tym etapie życia Nawalnego.
Biełych prawdopodobnie dogadał się z Kremlem i został gubernatorem obwodu kirowskiego, a Nawalny jego doradcą… Ten okres życia rosyjskiego arcyblogera w zestawieniu z jego obecną działalnością budzi w społeczeństwie skrajne postawy. Część uważa, że spoglądając na korupcję i mechanizmy władzy postanowił ją zwalczać na swoim blogu, inni (choć jest to mniejszość) twierdzą, że działał z inspiracji Kremla lub CIA.
Dziś Nawalny osiągnął szczyt swojej popularności w Rosji, ma rzeszę zwolenników komentujących z zapartym tchem każdy jego wpis na topowym serwisie blogowym LiveJournal. „To przyszły prezydent Rosji”- pisze młody Rosjanin Michaił, pod obrazkiem zamieszczonym przez Nawalnego. Widnieje na nim nagi mężczyzna ścigający w morzu Władimira Putina, podpis pod zdjęciem: „w tym momencie zrozumiał, że nie chce mu się szukać amfory” (premier Rosji wyłowił niedawno starożytne amfory podczas otwarcia podwodnego parku archeologicznego na Morzu Czarnym). Wtóruje mu inny rosyjski internauta stwierdzając, że Nawalny- „to jedyny czynny opozycjonista”. Te pojedyncze głosy należy traktować poważnie, składają się bowiem na całokształt sieciowej, rosyjskiej społeczności, która rok temu wybrała go „wirtualnym merem Moskwy”. Nie zaszczyty i wyróżnienia świadczą jednak o wyjątkowości rosyjskiego blogera, ale poparcie finansowe jakiego udzieliło mu społeczeństwo, wpłacając na jego konta w ciągu jednego miesiąca równowartość 250 tysięcy dolarów! Na co mu taka kwota?
Wielkie piłowanie
Motywem przewodnim działalności Aleksieja Nawalnego stała się wojna z korupcją. W 2008 roku stał się on mniejszościowym udziałowcem kilku rosyjskich gigantów, m.in. Gazpromu i Rosnieftu. Wkrótce po zakupie niewielkich pakietów ich akcji, zaczął domagać się sprawozdań z wydatków i działalności charytatywnej tych spółek. Spotykał się jednak z odmową ich zarządów. Nie poddał się jednak i jako akcjonariusz rozpoczął walkę o swoje prawo do wglądu w informacje finansowe rosyjskich gigantów. Działanie samobójcze? Niekoniecznie!
Aleksiej z zawodu jest prawnikiem, walkę postanawia więc stoczyć w sądzie i wygrywa ją, niejako przy okazji opisując wszystko na blogu. Szybko zyskuje popularność godząc w podstawy putinowskiej monarchii, stając się nowym Szewczukiem. Na fali uzyskanej popularności Nawalny tworzy serwis rospil.info, na którym zaczyna informować Rosjan o swojej krucjacie z korupcją. „Rospil to w rosyjskim slangu piłowanie, to swoista gra słów oznaczająca nieuczciwe odpiłowywanie środków z państwowego budżetu”- mówi Grisza, Rosjanin z Moskwy. Strona śledząca i upubliczniająca przypadki korupcji w strukturach państwowych, szybko zyskuje popularność i nietypowych naśladowców… Projekt Nawalnego kopiuje m.in. partia komunistyczna pod nazwą Komitetu Antykorupcyjnego Stalina (anty.klerol.ru)…
O Nawalnym jest coraz głośniej, rozpoczyna skuteczną zbiórkę pieniężną, zaczyna zatrudniać osoby śledzące korupcję na pełny etat, w końcu uderza w serce rosyjskiej monarchii nazywając putinowską „Jedną Rosję” partią oszustów i złodziei. Hasło to szybko chwyta cały rosyjski internet i właśnie wtedy zaczynają się kłopoty Aleksieja Nawalnego „przyszłego prezydenta Rosji”.
Imperium kontratakuje
Yandex- firma znana głównie z wyszukiwarki internetowej (rosyjskie Google) i płatności pieniężnych, na życzenie rosyjskich służb ujawnia dane osobowe darczyńców strony Nawalnego. Rozpoczyna się nagonka, Kreml postanawia dać nauczkę niepokornemu blogerowi.
Do sieci zaczynają wyciekać szczegóły życiorysu Aleksieja Nawalnego. Swego czasu był on doradcą gubernatora obwodu kirowskiego- Nikity Biełycha i według rozpowszechnianych przecieków razem z nim miał być zamieszany w (a jakże by inaczej) korupcję i nadużycia finansowe…
Próby zdyskredytowania rosyjskiego arcyblogera pokrywają się z intensywną kampanią mającą na celu odświeżenie wizerunku Władimira Putina i obozu władzy. Putin jedną ręką pociągający za sznurki „sprawy Nawalnego”, drugą przygrywa na fortepianie utwór „Blueberry Hill” podczas koncertu charytatywnego w Sankt Petersburgu. Koncert z udziałem rosyjskiego premiera zorganizowano na rzecz dzieci chorych na białaczkę, cały dochód miał zostać przekazany na ich leczenie, ale nie został… Okazało się, że firma organizująca całą imprezę została zarejestrowana tydzień przed koncertem z udziałem Putina, którego oszukano na oczach całej Rosji po tym jak zapadła się pod ziemię wraz z zebranymi pieniędzmi.
Gdy upokorzony Putin kończył szlagier „Blueberry Hill”, licznik strony Nawalnego informował, że w Rosji dzięki rospil.info wykryto korupcyjne próby „odpiłowania” budżetu państwa na sumę 10 milionów dolarów! Serwis arcyblogera udaremnił kradzież 70% tej kwoty, tym samym internetowy heros okazał się skuteczniejszy od oszukanego lidera rosyjskiego Olimpu.
Długa droga do realu
Aleksiej Nawalny wyszedł zwycięsko z tej próby sił, ale jego popularność ogranicza się do „sieci”. Media elektroniczne to oaza wolności, ale wokoło rozpościera się pustynia informacyjna ściśle kontrolowana przez Kreml. Jaki procent rosyjskiego społeczeństwa korzysta tak naprawdę z dobrodziejstw internetu ? Jaki procent zna Nawalnego?
Mikita Krasnou, uczestnik tegorocznych protestów na Białorusi, wymierzonych w reżim Łukaszenki stwierdził, że „grupa na portalu społecznościowym nie wystarczy. Żadna babcia, żaden dziadek z małej wsi nigdy nie dowie się o protestach z internetu. Potrzebujemy wrócić do form tradycyjnych: prasy drukowanej i ulotek. Moderatorzy pozostają online, ale rewolucja może odbyć się tylko offline, tylko w rzeczywistym świecie”. To chyba dobre podsumowanie miejsca, w którym znajduje się Aleksiej Nawalny. Mimo jego sukcesów i ogromnej popularności, do demokratyzacji Rosji jeszcze daleka droga a prezydentem najbliższej dekady znów zostanie Putin.
Mimo to, z inspiracji arcyblogera coraz większa ilość osób zadaje władzy niewygodne pytania offline. Niedawno znany rosyjski pisarz- Zachar Prilepin ośmielił się zadać publiczne pytanie Putinowi, spytał go o aferę korupcyjną wykrytą przez Nawalnego. „Winni zostaną ukarani jeśli wina zostanie udowodniona” odpowiedział wyraźnie zmieszany rosyjski premier, ale Rosjanie nie dają się już zwodzić, wiedzą już kto rządzi partią oszustów i złodziei…
Piotr A. Maciążek
Tekst ukazał się w 3 (i ostatnim) numerze tygodnika Wręcz Przeciwnie







