pakt-ribbentrop-beck-11324b363 (1)

Polski „Lodołamacz” czyli „Pakt Ribbentrop-Beck” Piotra Zychowicza

„Pakt Ribbentrop-Beck” Piotra Zychowicza — to niewątpliwie jedna z najbardziej interesujących i kontrowersyjnych książek wydanych w Polsce w mijającym roku. Jak bardzo była Polsce potrzebna wskazuje burzliwa dyskusja, która wywiązała się po jej opublikowaniu.

Jedni porównują ją do „Lodołamacza” Wiktora Suworowa, inni stwierdzają, że w swojej książce hańbi historię polska, a książka „jest wodą na młyn wszelkiej maści Grossów, którzy od lat próbują dowodzić, że było inaczej, że Polacy byli rzekomo współsprawcami Holokaustu” (sic!). W myśl doskonałej zasady „chcesz polemizować, najpierw przeczytaj”, przeczytałem tę książkę dokładnie, od początku do końca. Powiem uczciwie, ze na mój gust druga część jest dużo lepsza od pierwszej, która jest taką stylizacją na science fiction (z naciskiem na fiction) o alternatywnej historii w której wspaniali polscy ułani defilują obok czołgów Guderiana na Placu Czerwonym, a paradę zwycięstwa przyjmują Hitler na spółkę z Rydzem-Śmigłym. Początkowo próbowałem notowanie te i inne nieścisłości, jednak ostatecznie zrozumiałem, ze jest ich zbyt wiele i na ich obalanie potrzeba by napisać rozprawę doktorską, a nie krótki felieton. Mimo to jest to książka i ważna, i pożyteczna, bo podchodzi do polskiej historii bez tradycyjnej gloryfikacji klęsk i romantyzmu koncepcji „Chrystusa narodów”. Wręcz przeciwnie próbuje ją analizować z punktu widzenia pragmatycznych narodowych i nie tylko narodowych interesów. Największym jej problemem jest to, co autor uważa za aksjomat i wyniósł w jej podtytuł – że Polacy u boku III Rzeszy mogli pokonać Związek Sowiecki. W moim rozumieniu to wcale nie jest oczywiste.

Zychowicz stawia w  „Pakcie Ribbentrop-Beck” kilka ważnych, ciekawych i jednocześnie kontrowersyjnych pytań, które przez wiele lat były swego rodzaju tabu, faux pas w polskiej myśli historycznej: Co by było, gdyby wiosną 1939 roku minister spraw zagranicznych Polski Józef Beck zamiast przyjmować gwarancje brytyjskie przystał na propozycje Hitlera? Gdyby zgodził się na przyłączenie Gdańska do Rzeszy i wybudowanie eksterytorialnej autostrady łączącej Prusy z resztą Niemiec? Gdyby uznał, że Polska powinna przystąpić do paktu przeciwko Sowietom? Czy rzeczywiście uniknęlibyśmy wojny z Niemcami? Odpowiedzi, których Zychowicz udziela są jeszcze bardziej kontrowersyjne. Dowodzi mianowicie, że decyzja o sojuszu z Wielką Brytanią i Francją była fatalnym błędem, za który zapłaciliśmy zbyt dużą cenę. Historia mogła potoczyć się inaczej, gdyby Polska połączyła siły z hitlerowskimi Niemcami, uderzyła na Sowiety, a po ich likwidacji przeszła na stronę Aliantów. Według Zychowicza każdy scenariusz byłby lepszy od tego, na który zdecydował się Józef Beck i rząd polski. Tezy Zychowicza wywołały burzliwą dyskusję, spadły na autora tysiące grzmotów i ze strony zawodowych historyków, i miłośników historii. Większość jednak tych krytycznych uwag polegała na powtarzaniu tradycyjnych, oklepanych frazesów o honorze,  „że jedyna rola jaką Niemcy nam mogli w przypadku sojuszu z nimi dać, to była rola pastuchów niemieckich krów na Uralu”, że Hitler nie zadowoliłby się Gdańskiem i autostradą, że nie oddałby Polsce Ukrainy, że Niemcy wojnę w każdym bądź razie przegraliby, a wówczas alianci (w ramach zemsty) wytarliby Polskę z mapy świata itp. itd.. Z tymi akurat zarzutami Zychowicz w książce mniej lub bardziej przekonująco się rozprawia (czasami jak czytam krytyków Zychowicza to odnoszę wrażenie, że nie czytali oni książki). Moje zarzuty wobec  „Paktu Ribbentrop-Beck” są bardziej natury analityczno-warsztatowej. Piotr Zychowicz popełnia bowiem w swojej książce trzy duże błędy.

Po pierwsze, zakłada, iż po przystąpieniu w 1939 roku Polski do sojuszu z Niemcami cała reszta wydarzeń potoczyłaby się dokładnie tak samo, jak w naszej (niealternatywnej) rzeczywistości. Zapomina więc o tzw. efekcie motyla. Jednak zmiana nawet kilku najmniejszych danych wejściowych, automatycznie prowadzi do zmiany całej sytuacji. Zychowicz w swoich rozważaniach zakłada, iż po przystąpieniu Polski do sojuszu z Niemcami Stalin spokojnie wyczekiwałby na czerwiec 1941 roku, gdy hordy Niemców i ich sojuszników wtargną do ZSRS i w wyniku blitzkriegu wetkną biało-czerwone flagi na Kremlu. Tymczasem nawet najprostsza kalkulacja geopolityczna powinna prowadzić do myśli, iż w razie powstania takiego sojuszu natychmiast powstałaby jego przeciwwaga w postaci sojuszu Stalina z Francją i Anglią. A więc już atak Niemiec na Francję (w 1939 lub 1940 roku) oznaczałby natychmiastową reakcję Stalina w Europie Wschodniej, czyli atak Armii Czerwonej na najsilniejszego sojusznika Hitlera — Polskę. Zychowicz uważa, że Stalin do tego ataku był niegotowy i raczej czekałby na wykrwawienie się Niemiec, Francji i Anglii, aby zaatakować Europę. Stwierdzenie wielce naciągane, gdy się uwzględni fakt, iż ZSRS był gotów rozpocząć wojnę z Niemcami już w 1938 roku (w obronie Czechosłowacji). Poza tym Zychowicz bagatelizuje ten scenariusz powołując się na przykład wojny sowiecko-fińskiej 1939 roku. Zapomina jednak o tym, że kampania fińska toczyła się zimą, w niezwykle trudnych (dla atakujących) warunkach (las, śnieg, błota i linia Mannerheima), w oddaleniu od podstawowych linii logistycznych, zaś przeciwnikiem ZSSR była Finlandia, której generałowie ze sztabu Armii Czerwonej nigdy nie rozważali jako poważnego potencjalnego przeciwnika. Wszystkich tych niedogodności nie miałaby Armia Czerwona podczas ataku na Polskę. Atak nastąpiłby bowiem latem lub wczesną jesienią, na bardzo szerokim froncie (1412 km), praktycznie nie bronionym przez żadne większe umocnienia, zaś Armia Czerwona byłaby do niego doskonale przygotowana, gdyż jej generalicja wynaszała plany rewanżu na „burżuazyjno-obszarniczej” Polsce od roku 1920. Losy tej kampanii mogły się więc potoczyć wcale nie tak przyjemnie, jak zakłada Zychowicz. Poza tym Zychowicz zapomina, że Finlandia jednak wojnę z ZSRS przegrała. Było to dla Sowietów pyrrusowe i niepełne zwycięstwo, ale jednak zwycięstwo.

Zychowicz moim zdaniem popełnia karygodny dla historyka błąd niedoceniając potencjał ZSRS i przeceniając potencjał Polski (przy bajce o tym, jak jeden (sic!) ORP Gryf minuje Zatokę Fińską pod nosem u przysypiających Rosjan popłakałem sie wręcz ze śmiechu). Dla Zychowicza Armia Czerwona to obdartusy z karabinami na sznurkach i w tekturowych butach. Zychowicz nie zauważa w ogóle ogólnodostępnych tabeli porównujących sprzęt i jego ilość we wrześniu 1939, które czarno na białym wykazują miażdżącą przewagę Sowietów nad Polską (98 dywizji sowieckich vs. 30 dywizji polskich, 39 brygad pancernych vs. dwie, 5,5 tys. samolotów vs. 400 itp.). I nawet odroczenie wojny o rok czy dwa — wbrew optymizmowi autora — nie zmieniłoby radykalnie tych proporcji. Zychowicz więc asekurując się zakłada, że  Hitler by Polskę dozbroił. Sypnąłby myśliwcami i czołgami. Niewiadomo tylko na jakich faktach historycznych to założenie bazuje i czym by wtedy walczył wówczas sam: we Francji i na froncie wschodnim, ratując — o ile oczywiście chciałby go ratować — dostającego w dupę „najpotężniejszego” sojusznika? Zychowicz kreśli też tak bliską polskiemu sercu wizję galopującej po ukraińskich stepach polskiej kawalerii. Zapominając, iż kawaleria była już w czasach II wojny światowej anachronizmem, obie walczące strony (Niemcy i Sowieci) ją wykorzystywali w zasadzie tylko do przerzucania piechoty. To nie była już formacja do przełamywania linii obronnych czy walk na rozległym płaskim terenie.

Po drugie, Zychowicz popełnia także typowy dla polskiego (i nie tylko polskiego) historyka oraz publicysty błąd nieznajomości rosyjskich źródeł historycznych i Rosji. Moim skromnym zdaniem, pisanie o historii II wojny światowej bez zapoznania się z dorobkiem historyków rosyjskich to nieporozumienie.  Zychowicz niejako z góry zakłada, że jego własna nienawiść do Stalina, bolszewików oraz ZSRS była też powszechna wśród Rosjan i innych narodów ówczesnego sowieckiego imperium, którzy tylko i czekali na „wyzwolenie” z rąk Hitlera i Polaków. Niewątpliwie takie nastroje również istniały, szczególnie  w republikach nadbałtyckich, na zachodnich Ukrainie i Białorusi, jednak gdyby autor zapoznał się nie tylko z twórczością Józefa Mackiewicza, historyków polskich i zachodnich, ale również z historiografią rosyjską (nie mam na myśli, oczywiście, historiografii sowieckiej i reżymowej), z materiałami źródłowymi (nie tylko tymi oficjalnymi, ale listami oraz relacjami zwykłych żołnierzy i oficerów, w tym wcale nie pałających do bolszewików miłością, jak np. Aleksandr Sołżenicyn), być może zdałby sobie sprawę, iż wybuch wojny obudził w Rosjanach także olbrzymią falę patriotyzmu, która z każdym dniem i miesiącem się jedynie wzmagała na skutek szaleńczej polityki niemieckiej w ostlandach (nawet Zychowicz, na szczęście, nie zakłada, że ta hitlerowska polityka eksterminacji Żydów, Rosjan i innych ubermenschów na terenach okupowanych mogłaby ulec zmianie po przystąpieniu Polski do sojuszu z Hitlerem i wspólnej niemiecko-polskiej wyprawie na Moskwę). Na poparcie swoich tez o powszechnej nienawiści do reżymu Zychowicz powtarza w książce legendę o kontrrewolucyjnym buncie w Moskwie w październiku 1941 roku, gdy mieszkańcy stolicy ZSRS podobno się rzucili na komunistów i bolszewików, próbując opanować miasto i otworzyć bramy przed wyzwolicielem Hitlerem. Problem w tym, że żadne źródła tego buntu nie potwierdzają. Owszem doszło 15-17 października do paniki wśród części prominentnych działaczy reżymu, którzy zaczęli uciekać z miasta i zwykli Moskwianie bardzo często urządzali nad nimi samosądy (ale nie próbując przypodobać się zbliżającym się Niemcom, tylko za dezercję). doszło do ekscesów z udziałem elementów kryminalnych, jednak nie nosiły one ani politycznego, ani kontrrewolucyjnego charakteru, a sytuacja została natychmiast opanowana przez NKWD. Jest mnóstwo świadectw o tym, że w tych dniach moskiewscy studenci, młodzież, kobiety szykowali broń i butelki z benzyną, aby walczyć z wkraczającymi do Moskwy oddziałami o każdy dom, o każdą ulicę. Stalin także wcale nie przez wszystkich, a pewnie nawet nie przez większość sowieckiego społeczeństwa był postrzegany jako diabeł wcielony. Wiele osób pod wpływem wszechobecnej od 20 lat propagandy było przekonanych, iż jest najlepszym z możliwych przywódców, a kraj pod jego rządami rozkwita. W 1953 roku, gdy ojczulek Stalin zmarł nawet spora część więźniów i zesłańców poczuła się zagubiona, a ci, których terror sowiecki nie dotknął, rozpaczali jak najbardziej autentycznie. Już w pierwszych miesiącach wojny tysiące młodych Rosjan zgłosiły się na ochotnika do wojska. Nie z powodu strachu, tylko z autentycznej potrzeby walki o swój kraj, nawet tak porąbany jak ZSRS. To właśnie ci nieprzeszkoleni i źle uzbrojeni ochotnicy pozwolili, ceną olbrzymich strat, na przyhamowanie niemieckiej ofensywy, na uformowanie nowych sowieckich dywizji i przerzucenie ich z Syberii, Dalekiego Wschodu pod Moskwę.

Zychowicz przedstawia również tezę o tym, iż upadek Moskwy oznaczałby automatycznie upadek także Rosji Sowieckiej i Stalina. Otóż żadne znane fakty tej tezy nie potwierdzają. Stalin nakazał co prawda bronić Moskwy do ostatniego, ale (jest o tym i we wspomnieniach marszałka Georgija Żukowa i w pracach Leonida Mleczina) nie wierzył, że miasto uda się obronić, toteż jednocześnie przeprowadził w miarę sprawną ewakuację moskiewskich fabryk, zakładów, specjalistów (blisko 20 proc. ogółu mieszkańców!) oraz aparatu władzy w głąb Rosji. Do Tiumeni została wywieziona nawet mumia Lenina. W Moskwie zostały zaminowane wszystkie fabryki, urzędy, nawet metro. To wszystko miało wybuchnąć po wejściu do miasta Niemców, ale walka miała trwać dalej. Szok po początkowych sukcesach Wehrmachtu, który zmusił Stalina do rozważania nawet zawarcia z Hitlerem pokoju kosztem olbrzymich ustępstw,  już minął i lider ZSRS był zdecydowany walczyć do końca. Tę decyzję mogłoby zapewne naruszyć przystąpienie do wojny po stronie Osi Japonii, jednak jak wiadomo Japonia takich planów nie miała. Wyjazd Stalina do Kujbyszewa, planowanej tymczasowej stolicy ZSRS, był uzależniony od sytuacji na froncie i ostatecznie okazał się niepotrzebny. Jednego archiwa, współpracownicy przenieśli się tam już w połowie października 1941 roku. Sowieckie społeczeństwo praktycznie od chwili wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej było przez propagandę przygotowywane do myśli, iż Moskwę trzeba będzie zostawić. Już w lipcu 1941 roku wydrukowano wielomilionowym nakładem i rozpowszechniono broszurkę o wojnie ojczyźnianej 1812 roku, w której przedstawiano zalety genialnego planu Kutuzowa, który oddał Napoleonowi Moskwę, a następnie się z jego Wielką Armia rozprawił. Takich publikacji było mnóstwo. na dobrą sprawę kilkanaście polskich dywizji mogło przechylić na rzecz Niemiec szalę w bitwie o Moskwę, jednak nie mogło pomóc im w wygraniu tej wojny. Prawdopodobnie wynik tej wojny byłby taki sam, niezależnie od tego jaki scenariusz (z Polską po stronie Hitlera lub nie) rozpatrujemy. Niemcy hitlerowskie tej wojny wygrać nie mogli. Natomiast być może ma rację Zychowicz, gdy zakłada, iż udział w wojnie po stronie Niemiec mógł zachować przy życiu miliony istnień ludzkich (przede wszystkim polskich Żydów). I to jest ten wielki moralny plus, który broni egzotyczną koncepcję Zychowicza.

Problem polega jednak na tym, że taki sojusz był po prostu w owych realiach niemożliwy. Na tym właśnie polega trzeci i podstawowy błąd Zychowicza. Słusznie krytykując wszystkich tych historyków, którzy sojusz z Hitlerem oceniają z dzisiejszego punktu widzenia  (tj. przez pryzmat Holocaustu), a nie z punktu widzenia roku 1939 (tj. okresu gdy Hitler był co prawda stukniętym dyktatorem, ale nie popełnił jeszcze żadnych zbrodni przeciwko ludzkości), sam popełnia dokładnie ten sam błąd w ocenie Józefa Becka.

Zychowicz zakłada, iż sprzymierzając się w roku 1939 z Hitlerem Polacy uniknęliby ludobójczej polityki nazistów na ziemiach polskich. Jednak to założenie jest ahistoryczne. W roku 1939 bowiem nikt nie mógł przewidzieć tego ludobójstwa. Hitler nie wykazał się wówczas jeszcze jako ludobójca. W tamtym czasie nie miał żadnego skonkretyzowanego planu odnośnie wymordowania europejskich Żydów. Skąd więc Beck miał wiedzieć, że wojna z Niemcami doprowadzi do eksterminacji milionów obywateli polskich? Z „Mein Kampf”? Wolne żarty! Gdyby takie książki traktować poważnie, ze Związkiem Sowieckim w ogóle by nikt nie utrzymywał żadnych stosunków. Tak naprawdę jeden z najlepszych rozdziałów książki Zychowicza to rozdział XXV pt. „Wielki blef Józefa Becka”. Beck niewątpliwie blefował, gdyż w mniejszym lub większym stopniu zdawał sobie sprawę, że Polska nie jest gotowa do walki z Niemcami, a na liczącą się pomóc Francji i Anglii również nie ma co w najbliższym czasie liczyć (należy jednak pamiętać, iż po wybuchu wojny niemiecko-polskiej i Anglia, i Francja wypowiedziały Hitlerowi wojnę, a Francuzi  zaplanowali ofensywę na Niemcy na 21 września; oczywiście już nigdy nie dowiemy się, czy ja przeprowadziliby i jaki byłby jej skutek). Uważał jednak, że Hitler nie zdecyduje się na walkę na dwa fronty (przeciwko Anglii i Francji oraz przeciwko Polsce jednocześnie). A zresztą gdyby nawet i gdyby nawet Polska na jakiś czas została przez niego okupowana, to okupacja ta będzie powtórką z lat 1914-1918, czyli względnie łagodna (o tym, iż władze RP taka możliwość rozważały świadczy i podpisana w przeddzień wojny umowa z Francją o formowaniu w tym kraju Wojska Polskiego).

Zresztą nawet gdyby Beck zawarł ten sojusz z III Rzeszą, to najpewniej szybko zostałby obalony. W społeczeństwie polskim (poza jednostkami w stylu Studnickiego czy Mackiewicza) bowiem nie było przyzwolenia dla czegoś takiego, a to społeczeństwo miało wiele do powiedzenia. Sojusz z Niemcami był nie do przyjęcia dla WSZYSTKICH liczących się sił politycznych: endecji, partii lewicowych, żydowskich. Żaden też rząd nie przekonałby Polaków, że powinni ulec żądaniom niemieckim, oddać Gdańsk i korytarz, zrezygnować z suwerenności („uzgadnianie polityki zagranicznej z Berlinem” było jednym z żądań Hitlera), a następnie jeszcze i wykrwawiać się na wojnie na Wschodzie. Zychowicz o tym wie. Decyzja, którą w 1939 roku podjął Beck, była więc szalenie trudną, ale chyba jedyną możliwą. I wcale nie chodziło w niej o honor.

Rafał Ziemkiewicz porównał książkę Zychowicza do „Lodołamacza” Wiktora Suworowa. I chyba wypada się z tym zgodzić, chociaż z nieco innych przyczyn, niż miał na uwadze Ziemkiewicz. W moim odczuciu „Lodołamacz” Suworowa to taka sama książka quasi-historyczna, historical fiction, publicystyka historyczna, jak i  „Pakt Ribbentrop-Beck”. I Suworow, i Zychowicz często naginają fakty do tez, braki logiczne przykrywając barwnym językiem  opisami, inwektywami lub cytatami z publicystów. I Suworow, i Zychowicz stawiają jednocześnie ciekawe oraz ważne pytania, zmuszają do nietradycyjnego spojrzenia na przez lata zakłamywane lub przemilczane fakty i wybory historyczne. Ich odpowiedzi na te pytania są dyskusyjne, a czasami wręcz błędne, jednak pytań i odwagi w ich zadawaniu można tylko pogratulować. Bez tych pytań wiecznie będziemy tkwili w wersji historii napisanej „ku pokrzepieniu serc”.

Piotr Zychowicz, Pakt Ribbentrop-Beck czyli Jak Polacy u boku III Rzeszy mogli pokonać Związek Sowiecki, Dom wydawniczy Rebis, Poznań 2012, ss. 370.