Archiwa tagu: Doktryna Giedroycia

31 grudnia prezydent Komorowski - jeden z największych lobbystów Ukrainy na świecie- dzwoni do prezydenta Janukowycza- fot. prezydent.pl

Niebezpieczna polaryzacja polityczna wokół kwestii ukraińskiej w Polsce

Wprzęgnięcie polityki zagranicznej w wojnę polsko- polską nie podlega w zasadzie dyskusji. Z powodu katastrofy smoleńskiej, która szybko stała się jej centralnym punktem narracyjnym zaczyna ono przybierać niebezpieczną postać. Oto bowiem stajemy się świadkami polaryzacji politycznej nie tylko w stosunku do polityki prowadzonej wobec Rosji, ale i Ukrainy.

Dotąd stanowisko wobec państwa „u kraja” Polski było jednolite i wedle zasady „Rosja bez Ukrainy nie może stać się mocarstwem” jednoczyło polskie elity wokół wsparcia władz w Kijowie. W zeszłym roku pojawiły się jednak pierwsze rysy na tym dominującym od odzyskania niepodległości konsensusie. PiS postanowił bojkotować władze Ukrainy podczas Euro 2012 z powodu uwięzienia liderki ukraińskiej opozycji Julii Tymoszenko. Sytuacja była poważna- Ukrainie groziła izolacja międzynarodowa co uwidoczniła absencja na jałtańskim szczycie. Rosyjskie propozycje nie do odrzucenia z przełomu grudnia i stycznia pokazują, że gdyby nie przytomne działania m.in. prezydenta Bronisława Komorowskiego, misji z udziałem byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, czy szefa unijnej misji na ukraińskie wybory Pawła Kowala to jedynym beneficjentem bojkotu zostałaby mozolnie budowana przez Władimira Putina Unia Celna (wszyscy wyżej wymienieni znaleźli się w pierwszej dziesiątce największych lobbystów Ukrainy na świecie).

Dziś jesteśmy świadkami drugiej odsłony polaryzacji politycznej wokół kwestii ukraińskiej w Polsce. Dotyczy ona uchwały dotyczącej potępienia akcji „Wisła” i to mimo że dokument całymi zdaniami odnosi się do wspólnego oświadczenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i prezydenta Wiktora Juszczenki oraz potępia (a nie przeprasza) akcję komunistycznych władz wymierzoną w obywateli polskich z pominięciem podstawowych praw człowieka.

Jak inaczej bowiem wytłumaczyć sobie odcięcie się PiSu od linii politycznej świętej pamięci prezydenta wywodzącego się z tej formacji jeśli nie próbą odróżnienia się od przeciwników politycznych? Tak jak w przypadku opisywanego już powyżej bojkotu działania te są skrajnie szkodliwe dla relacji polsko- ukraińskich (a więc i naszej racji stanu). Szkodliwe szczególnie w kontekście wspólnie przygotowywanych obchodów 70 lecia Rzezi Wołyńskiej i uchwały obu parlamentów na ten temat.

Na domiar złego dziś widać już wyraźnie, że polaryzacja polityczna wokół kwestii ukraińskiej to nie tylko zapasy PiS- PO, ale i wymóg tzw. doktryny „prawej ściany”. Największa polska partia opozycyjna musi już nie tylko odróżniać się od rządu w kwestiach polityki zagranicznej, ale i zabezpieczać własny elektorat… Powstający Ruch Narodowy zainaugurował przecież swoją działalność na terenie całej Polski „od Szczecina i Wrocławia po Wilno i Lwów” (Artur Zawisza). Taki stan rzeczy zapowiada niechybną walkę o głosy środowisk kresowych, które bardzo często są nastawione do kwestii ukraińskich konfrontacyjnie (włącznie z przybieraniem pozy charakterystycznej dla niemieckich ziomkostw).

Konkludując, być może jesteśmy świadkami końca konsensusu w sprawie polityki prowadzonej wobec Ukrainy, który przyświecał nam od 1989 roku i wyrósł na żyznej glebie Maisons- Laffitte. W tym sensie choć nie uważam doktryny Giedroycia za przebrzmiałą faktycznie możemy mieć do czynienia z jej śmiercią. Przedwczesny zgon wiąże się z diagnozą, którą starałem się postawić w tym tekście: interes partyjny wypiera interes narodowy. Dotyczy to zarówno ukraińskich zachować PiSu jak i rosyjskich rządzącej Platformy Obywatelskiej

Piotr A. Maciążek

Fot. Internet

Maciążek: Największe zwycięstwo III Rzeczpospolitej

Piotr A. Maciążek

Największe zwycięstwo III Rzeczpospolitej miało miejsce 2 grudnia 1991 roku. To właśnie wtedy Polska uznała jako pierwsze państwo na świecie niepodległość Ukrainy. Tym samym udało się uniknąć błędu, który doprowadził do upadku naszego kraju w międzywojniu.

Fot. Internet

Uniknęliśmy nacjonalistycznej powtórki z międzywojnia

Jedyną efektywną szansą geopolityczną dla Polski położonej pomiędzy Niemcami i Rosją jest zwiększenie własnego potencjału poprzez konsolidację terenów leżących pomiędzy nimi. W przeciwnym wypadku jej niepodległość jest okresowa i wynika z osłabienia wielkich sąsiadów, lub ulega likwidacji w wyniku ich ekspansji bądź dominacji w obrębie asymetrycznego związku politycznego. To właśnie z tego powodu w międzywojniu Warszawa próbowała realizować projekt tzw. Międzymorza. Jak słusznie zauważa Jarosław Tomasiewicz w swoim ciekawym tekście zamieszczonym na łamach Nowych Peryferii „polityka ta była tyleż ambitna, co trudna. Nie uwzględniała np. sprzeczności pomiędzy krajami bałkańskimi a przede wszystkim ambicji Czechosłowacji, która polskiego południkowemu projektowi Międzymorza przeciwstawiała własny , równoleżnikowy projekt konfederacji naddunajskiej. Wobec tego , po 1934 roku, Czechosłowację, jako głównego konkurenta do hegemonii w Europie Środkowo- Wschodniej, starano się rozbić, nie pozyskać. Próba zawarcia sojuszu z państwami bałtyckimi spaliła na panewce na skutek konfliktów z Litwą (o Wileńszczyznę) i Łotwą (mniejszość polska w Łatgalii)”. Dodałbym od siebie, że przyczyną wszystkich powyższych rozbieżności a nawet konfliktów był nacjonalizm. Również na postawie wobec Czechosłowacji zaważyło przede wszystkim Zaolzie oraz przeświadczenie o tym, że południowy sąsiad targany wewnętrznymi sprzecznościami -a więc nacjonalizmami- jest efemerydą.

Cofając się jeszcze dalej w przeszłość ku idei federacyjnej, której rozwinięciem był projekt Międzymorza również musimy stwierdzić, że likwidacja Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej nie tylko spowodowała, że utraciliśmy potencjalnego sojusznika w walce z Sowietami, ale i na długi okres zdestabilizowaliśmy wewnętrznie własne państwo. Zatem już powierzchowna analiza realiów międzywojennych w Europie Środkowo- Wschodniej rodzi w nas konkluzje, że nacjonalizm i związane z nim konflikty terytorialne uniemożliwiły Polsce konsolidację terenów pomiędzy Niemcami i Rosją ergo skazały nasz kraj na okresową niepodległość bądź jej utratę.

To właśnie dlatego największe zwycięstwo III Rzeczpospolitej miało miejsce 2 grudnia 1991 roku. Dzięki temu wydarzeniu, które było w istocie triumfem myśli Giedroycia i Mieroszewskiego, uniknęliśmy nacjonalistycznej powtórki z międzywojnia, która dziś mogłaby przynieść podobny rezultat dla państwa polskiego. Powoli wychodząca z etapu osłabienia Rosja z pewnością łatwo rozgrywałaby skonfliktowane ze sobą państwa Europy Środkowo- Wschodniej.

Wygranie bitwy nie oznacza wygranie wojny

Znane powiedzenie „wygranie bitwy nie oznacza wygranie wojny” zwraca nam jednak uwagę na to, że po udanym zażegnaniu podziałów na naszym geopolitycznym podwórku, które mogłyby się okazać tragiczne w skutkach musimy na nowo spróbować je skonsolidować. W wielu aspektach tak właśnie się dzieje na płaszczyźnie porozumienia ze Szwecją czy wzmacniania Grupy Wyszehradzkiej (ostatnio podejmowane są nawet próby jej poszerzenia o Rumunię). Tak jak w międzywojniu problematyczny pozostaje stosunek obszaru byłej Czechosłowacji do Rosji, jednak tym razem Polsce sprzyja aksamitna rewolucja, która doprowadziła do powstania Czech i Słowacji. Dzięki temu Warszawa ma do czynienia z małymi podmiotami ergo w regionie brak „konkurenta do hegemonii w Europie Środkowej”.

Na uwagę zasługują jednak również negatywne trendy, które po 2007 roku bardzo się nasiliły. Chodzi mi przede wszystkim o zawartą w I expose ministra Radosława Sikorskiego klauzulę, która jest zresztą wcielana w życie, uzależniającą poziom relacji politycznych Polski ze swoimi sąsiadami od ich PKB. Moim zdaniem to jeden z głównych powodów złych relacji z Litwą. To w niej dopatrywałbym się największego zagrożenia dla zdobyczy 2 grudnia 1991 roku. Konsolidacja regionu Europy Środkowo- Wschodniej ma sens w odniesieniu do rywalizacji jaką Polska prowadzi z Niemcami i Rosją na wielkiej nizinie środkowo i wschodnioeuropejskiej. Ma ona swoje odniesienie również w realiach Wspólnoty Europejskiej o czym warto pamiętać. Z tej perspektywy koncentrowanie własnej aktywności politycznej na poziomie największych graczy tej części świata oznacza dla Warszawy izolację w sensie podwójnym. Zarówno w jej kontaktach z mocarstwami ze względu na zbyt mały potencjał jak i w kontaktach z państwami, które traktowane po partnersku mogłyby wzmocnić nasz południkowy potencjał stanowiąc zaporę dla interesów Niemiec i Rosji.

Południkowy blok geopolityczny- następny krok ku budowie Międzymorza

Na zakończenie chciałbym odnieść się jeszcze do zarzutu utopijności projektu Międzymorza. Podobny do niego projekt geopolityczny realizuje obecnie Szwecja (Plan Stoltenberga), w dodatku istnieją w tym państwie wyraźne dążenia do włączenia w ten projekt Polski. Ciężko moim zdaniem uznać Sztokholm za państwo nierozsądne, czy karmiące się mitami. Uważam Skandynawów za na wskroś pragmatycznych. Powinniśmy podać im rękę i wspólnie nadpisać kropkę nad i, którym było uznanie niepodległości Ukrainy w 1991 roku.

"W chwili, gdy okazuje się, że Janukowycz nie jest tak prorosyjski jak go malowano i próbuje np. dywersyfikować źródła energii importowanej na Ukrainę, Polska powinna go wspierać"- fot. president.gov.au

Maciążek: Tymoszenko to drobnostka

Piotr A. Maciążek

Gdy mówimy o bezpieczeństwie Polski przez duże „B” -to jest strategicznym- pierwszym państwem, na które spoglądamy jest Rosja. Na drugim miejscu z reguły wskazujemy nasz geopolityczny bufor, który nas od niej oddziela- Ukrainę. Zresztą na taką rolę wskazuje m.in. jej nazwa, która oznacza kraj na skraju, pogranicze. W tym kontekście nie może dziwić, że Artiom Malgin, członek polsko- rosyjskiej komisji ds trudnych stwierdza, że polityka wschodnia Rzeczpospolitej to w istocie polityka ukraińska. Ukraina to bowiem klucz do bezpieczeństwa Polski i zarazem rosyjskiego imperializmu (ścisła korelacja). Tezę tą przypisuje się Giedroyciowi, ale już w latach 30stych ubiegłego wieku polski historyk J. Wąsowicz pisał, że „bez Ukrainy, Moskwa zostanie zepchnięta do lasów północy”.

„W chwili, gdy okazuje się, że Janukowycz nie jest tak prorosyjski jak go malowano i próbuje np. dywersyfikować źródła energii importowanej na Ukrainę, Polska powinna go wspierać”- fot. president.gov.au

W chwili obecnej paradygmat związku polskiego bezpieczeństwa narodowego i losu Ukrainy nadal dominuje, ale odpowiednie polityczne ustosunkowanie się do niego nie jest już tak jednoznaczne. O ile w okresie pomarańczowej rewolucji dla polskich elit wszystko było w miarę jasne i wiedziały one o tym, że trzeba popierać nowe siły wrogie Kuczmie, o tyle uwięzienie Tymoszenko i rządy Janukowycza wprowadziły w tej kwestii zamęt. Dobrym przykładem, który to ilustruje jest postawa polskiego rządu i opozycji przyjęta wobec bojkotu Euro 2012 na Ukrainie. Opozycja poparła go i to mimo, że z jej szeregów wywodził się wierny wykonawca testamentu Giedroycia- Lech Kaczyński, natomiast rząd był temu pomysłowi przeciwny, choć obecny szef MSZ w największym stopniu na przestrzeni ostatniej dekady odszedł od ideałów Paryskiej Kultury.

Pozytywnym przykładem odpowiedniej wykładni myśli Giedroycia w tym konkretnym przykładzie europejskiego bojkotu jest Prezydenta Bronisława Komorowskiego, który przełamał ukraińską izolację na salonach Europy, rozumiejąc że taka postawa wpędza ten kraj w rosyjskie ręce. Pisałem o tym już 21 września opisując wizytę Prezydenta RP na Ukrainie, a dziś chciałbym swoją tezę podeprzeć rozsądnym komentarzem Frankfurter Allgemeine Zeitung. Ta niemiecka gazeta pisze, że kiedyś znów trzeba będzie poruszyć sprawę wstrzymywanego stowarzyszenia Ukrainy z UE. Pomogą w tym demonstracyjne wizyty w Kijowie Prezydenta Komorowskiego oraz byłego Prezydenta Kwaśniewskiego, który odgrywa kluczową rolę w bagatelizowaniu procesu Tymoszenko, przekonując, że jest on drobnostką. Bo na tle geopolitycznego paradygmatu, który zakłada, że niezależna Ukraina przekłada się na polskie bezpieczeństwo jest nią w istocie.

I to jest moim zdaniem działanie zgodne z polską racją stanu. W chwili, gdy okazuje się, że Janukowycz nie jest tak prorosyjski jak go malowano i próbuje np. dywersyfikować źródła energii importowanej na Ukrainę, Polska powinna go wspierać (chodzi o budowę terminalu LNG obok Odessy, próbę przyłączenia się Kijowa do TANAP i chęć uczestnictwa w AGRI). Rzeczpospolita powinna zapobiegać jego izolacji i minimalizować rosyjskie pokusy, które niedawno zmaterializowały się w postaci zniżki na gaz i zaproszenia do Unii Celnej. W tym sensie „przełamywanie izolacji Ukrainy” jest dla mnie kontynuacją Kwaśniewskiego na Majdanie, czy Kaczyńskiego w Tbilisi, jest kontynuacją idei Giedroycia.

Maciążek: Jeśli PiS nie postawi na Fotygę to może wygrać debatę z Sikorskim

Polskie media zelektryzowała informacja o ewentualnych, przedwyborczych debatach urzędujących ministrów z PO i ich odpowiedników w PiS-owskim gabinecie cieni. Czy zatem z perspektywy polityki wschodniej, wiodącego komponentu polityki zagranicznej RP, pojedynek Sikorski-Fotyga zapowiadałby się ekscytująco?  Kto wyszedłby zwycięsko z tej słownej potyczki?

Wydaje mi się, że taka konfiguracja personalna skazałaby opozycję na porażkę. Bynajmniej nie chodzi mi o porażkę programową, ale mocny PR urzędującego ministra, który korzystnie kontrastuje z kontrowersyjną przedstawicielką PiS (posiadającą duży, negatywny elektorat). Gdybyśmy pokusili się jednak o podejście do kwestii ewentualnej debaty chłodnym, analitycznym okiem i skupili się na przestudiowaniu kwestii programowych obu kandydatów okazałoby się, że „mniejszym złem” jest kandydat PiS-u. Dlaczego?

Rysunek: Mario

PiS jawnie nawiązujący do tradycji Piłsudskiego posiada doktrynalne zaplecze tzw. „Koncepcji Federacyjnej” twórczo rozwiniętej przez paryską Kulturę. Program ten choć dziś nie przystaje już do rzeczywistości i razi swoją anachronicznością, stanowi jednak monument polityczny, do którego cegły dokładali: Piłsudski, Bocheński, Mieroszewski. Jej twórczymi wykonawcami byli m.in. Aleksander Kwaśniewski podczas Pomarańczowej Rewolucji czy Lech Kaczyński podczas Wojny Pięciodniowej. Nie ma sensu powielać argumentów, które uwarunkowały mój pogląd na anachroniczność „Doktryny Giedroycia”, znajdziecie je państwo w tym miejscu. Jest ona natomiast (co pragnę podkreślić) powodem, dla którego osoby ją propagujące uważam „za mniejsze zło” polskiej polityki wschodniej.

Radosław Sikorski znany głównie z hasła „skończmy z polityką jagiellońską, prowadźmy politykę piastowską”, w istocie nie posiada programu politycznego, a jego działania na wschodzie mają charakter chaotyczny. Z całą siłą obnażyło ten fakt expose ministra, w którym bazując na „Doktrynie Giedroycia” (choć nie realizując jej) zaczął wprowadzać do jej fundamentów jedynie kosmetyczne modyfikacje, których opis znajdziecie państwo w tym miejscu. Sikorski nie zbudował nowej jakości programowej, a wykonanie testamentu Giedroycia i Mieroszewskiego w zasadzie ograniczył do programu Partnerstwa Wschodniego [PW], które należy uznać za owoc dobrej, europejskiej koniunktury. PW nie może udać się bez Niemiec (parafrazuję tu paradoksalnie Mieroszewskiego), polityka wschodnia bez udziału Berlina nie może być skutecznym narzędziem ze względu na realny potencjał gospodarczy RP oscylujący wokół PKB stanu Wirginia. Tymczasem Merklel nie jest już zainteresowana wspieraniem polsko-szwedzkiego projektu, a jej poparcie w 2008 roku wynikało z działań Sarkozego, który nachalnie promował „Unię Śródziemnomorską”. Jedynym realnym i niepodważalnym sukcesem Sikorskiego może stać się podpisanie umowy stowarzyszeniowej UE-Ukraina-Mołdawia. Tyle, że Kreml w obu przypadkach dzierży asy w rękawie (Unia Celna FR+BLR+KZT oraz Naddniestrze). Nastąpi to jednak już po wyborach i nie powinno mieć wpływu na ewentualną debatę. Hipotezy zawsze muszą ustąpić miejsca faktom dokonanym.

Działania PiS, przypadające na dobrą koniunkturę międzynarodową mogą natomiast zostać bardzo łatwo przedstawione jako rodzime sukcesy lub projekty przejęte i kontynuowane przez Sikorskiego. Warunkiem koniecznym do takiego zabiegu jest wystawienie alternatywnego dla znienawidzonej wśród niezdecydowanych wyborców minister Fotygi. Chodzi mi m.in. o zgrabnie naświetloną w Wikileaks „misję Kaczyńskiego w Gruzji”, strategiczne partnerstwo z Juszczenką, coraz korzystniej kontrastujące z obecnymi relacjami z Janukowyczem, grupę GUAM, Kartę Polaka, polską filię Uniwersytetu Białostockiego na Litwie, TV Bielsat, stypendium Kalinowskiego dla uchodźców politycznych etc.

Podsumowując zatem całokształt rozważań: MSZ Sikorskiego to ideologiczna i doktrynalna pustka, MSZ PiS to przebrzmiałe idee, ale jednak idee. Kwestią zasadniczą w ewentualnej debacie na szczycie polskiej polityki zagranicznej powinno być zatem wybranie przez opozycję umiarkowanego i fachowego kandydata o mniejszym niż Fotyga negatywnym elektoracie. Baza programowa, umiarkowany wizerunek i wykazanie obecnych, sztandarowych działań PO jako kontynuacji działań PiS-u to kluczowe elementy, które mogą zapewnić zwycięstwo opozycji w ewentualnej debacie.

Piotr A. Maciążek