Archiwa tagu: Międzymorze

Jerzy Braun- fot. Wikipedia

Hańderek: Idea Międzymorza a działania Instytutu Europy Środkowej podczas niemieckiej okupacji II Rzeczpospolitej

Marek Hańderek

Idea stworzenia bloku państw środkowoeuropejskich – w wariancie minimum obejmującego kraje między Bałtykiem a Morzem Czarnym zaś w najbardziej pożądanym zamkniętego w trójkącie A. B. C (Adriatyk, Bałtyk, Czarne) – żywa w wielu środowiskach politycznych II Rzeczypospolitej nie umarła wraz ze zniszczeniem państwa polskiego we wrześniu 1939 r. Tragiczny los Polski oraz innych państw regionu środkowoeuropejskiego utwierdził większość zwolenników „Międzymorza” w przekonaniu, że to brak ścisłych więzi i współpracy w regionie był jedną z przyczyn, które pozwoliły Niemcom i Sowietom dokonać jego podboju. Stąd też na łamach licznych pism konspiracyjnych można znaleźć postulat stworzenia po wojnie bloku środkowoeuropejskiego jako podstawowej gwarancji suwerenności narodów w tej części Europy. Co więcej na emigracji rządy Polski i Czechosłowacji przez ponad rok prowadziły ożywione rozmowy na temat federacji obu państw. Finalnie zakończyły się one fiaskiem na początku 1942 r., gdy prezydent Edvard Benesz opowiedział się jednoznacznie za współpracą jego kraju z ZSRS, który wobec Europy Środkowowschodniej miał zgoła inne plany niż Polska.

Niemniej jednak działalność rządu gen. Władysława Sikorskiego na tym polu i propagowanie tegoż projektu wśród emigracji polskiej przyniosło owoce w postaci pewnych inicjatyw – tak na obczyźnie jak i w okupowanej Polsce. Na terenie Anglii ideę podchwyciło np. Stowarzyszenie Techników Polskich, które było jedną z najsilniejszych polskich organizacji społecznych w tym kraju. Jego członkowie przesyłali premierowi liczne opracowania i projekty do wykorzystania w okresie powojennym jak np. projekt budowy kanału łączącego Wisłę i Dunaj, czy plan architektoniczny stolicy Europy Środkowej, która ich zdaniem powinna być usytuowana na Słowacji. Paradoksalnie jednak największy rozmach przybrała inicjatywa wspierającą budowę „Międzymorza” podjęta w warunkach konspiracyjnych w Polsce. Wiosną 1943 r. w okupowanej Warszawie powstał Instytut Europy Środkowej z filią w Krakowie. Najważniejszym spośród jego założycieli a zarazem kierownikiem był Jerzy Braun – publicysta, poeta, filozof i wreszcie polityk – który już w międzywojniu propagował koncepcję „Międzymorza” na łamach redagowanego przez siebie dwutygodnika „Zet”, a także w pewnym stopniu w tygodniku „Merkuriusz Polski Ordynaryjny”. W czasie wojny Braun stał na czele chadeckiej organizacji konspiracyjnej „Unia” i to pod jej auspicjami powstał Instytut.

Jerzy Braun- fot. Wikipedia

Jerzy Braun- fot. Wikipedia

Podstawowe zadania jakie Braun postawił przed Instytutem to badania nad historią, geografią, gospodarką, strukturą narodowościową i problemami politycznymi państw obszaru A.B.C oraz możliwie szeroka propaganda koncepcji stworzenia na tym terenie zwartego bloku „Międzymorza”. Propaganda w pierwszej kolejności miała być prowadzona w polskich kołach politycznych i społeczeństwie polskim, następnie także wśród mieszkańców innych państw regionu. Służyć temu miały wydawnictwa naukowe i popularnonaukowe, prasa, odczyty oraz zakładanie filii Instytutu. Placówki Instytutu miały być usytuowane nie tylko na terenie Polski, ale i zagranicą. Członkowie zagranicznych filii mieli się rekrutować spośród popierających „Międzymorze” obywateli państw regionu.

Do pracy w Instytucie jego twórcom udało się zachęcić wiele wybitnych osobistości ówczesnej polskiej nauki. I tak dla przykładu na czele krakowskiej filii placówki stanął prof. Kazimierz Piwarski (historyk UJ, specjalista m.in. od spraw czeskich), którego współpracownikami byli m.in. prof. Henryk Batowski (historyk UJ, specjalista od historii Bałkanów, władający wieloma językami słowiańskimi), prof. Stanisław Leszczycki (geograf z UJ), prof. Tadeusz Lehr-Spławiński (slawista, rektor UJ) czy prof. Walery Goetel (geolog, rektor AGH). Z kolei w warszawskim ośrodku działali m.in. prof. Kazimierz Libera (specjalista od prawa międzynarodowego z UW), prof. Kazimierz Feliks Kumaniecki (filolog z UW), dr hab. Konstanty Regamey (orientalista i językoznawca z UW). Zespół złożony z tych i innych wybitnych specjalistów stworzył wiele wartościowych opracowań. Od ogólnych tekstów począwszy na tak szczegółowych i monumentalnych jak pięciojęzyczny słownik nazw miejscowości bałkańskich, czy siedmiotomowe studium udowadniające prawa Polski do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej skończywszy.

Dla skutecznego wykonywania zadań Instytutu Braun postarał się o jego finansowanie przez Delegaturę Rządu na Kraj. Po rozmowach z kierownikiem Departamentu Informacji Delegatury Stanisławem Kauzikiem, Braun uzyskał zgodę na dotowanie z jej funduszy działalności Instytutu. W zamian placówka została zobowiązana do przedstawiania raportów ze swoich prac, a teksty finansowane z funduszy Delegatury miały stać się jej własnością. Spora ich część była drogą kurierską dostarczana rządowi w Londynie. Tym samym Instytut wszedł w kontakt i współpracę z władzami Polskiego Państwa Podziemnego.

Stałe źródło finansowania pozwoliło na wyjście z działalnością poza ziemie polskie. Dzięki temu, że jeden z działaczy „Unii”, a zarazem członek IEŚ, Konstanty Regamey „Drogowski” pełnił rolę kuriera, mógł nawiązać kontakty z innymi kurierami, posiadającymi znajomości w odpowiednich kręgach zagranicą. Najowocniejszą okazała się jego współpraca z Wacławem Felczakiem, którego udało mu się pozyskać dla realizacji celów Instytutu i namówić do podjęcia próby stworzenia jego filii w Budapeszcie. Misję tę Felczak wykonał. Co więcej, jego aktywność na Węgrzech nie ograniczyła się tylko do tego. Nawiązał on również kontakty z działaczami tamtejszej partii drobnych rolników (cieszyła się ogromnym poparciem w społeczeństwie Węgierskim). Swoją działalność na rzecz Instytutu Felczak rozciągnął również na inne tereny obszaru A.B.C. Na Słowacji nawiązał kontakty z grupą konspiracyjną kierowaną z emigracji przez polonofila i zwolennika federacji z Polską Karola Sidora. Z kolei w Zagrzebiu podjął udaną próbę stworzenia drugiej zagranicznej filii Instytutu. Członkowie placówki nawiązali kontakty z przedstawicielami chorwackiej Partii Chłopskiej (druga siła polityczna w przedwojennej Jugosławii), kierowanej przez Vladko Macka (krewnego gen. Stanisława Maczka).

Kres prężnej działalności Instytutu położyło zajęcie Europy Środkowej przez Armię Czerwoną oraz powstanie warszawskie, które doprowadziło do rozproszenia jego działaczy. Pomimo tego jeszcze w pierwszych latach po zakończeniu wojny kierownictwo Instytutu starało się w jakiejś mierze kontynuować jego działalność w ramach tworzących się legalnie placówek. Na początku 1946 r. Piwarski prowadził na ten temat rozmowy z prof. Zygmuntem Wojciechowski, który stał na czele działającego od kilku miesięcy w Poznaniu Instytutu Zachodniego. Inicjatywy tego typu nie zakończyły się sukcesem, ponieważ władze komunistyczne rozbiły aresztowaniami i szykanami i tak już przerzedzone szeregi Instytutu.

Autor jest historykiem, doktorantem na Wydziale Historycznym UJ, absolwentem podyplomowego studium z zakresu bezpieczeństwa narodowego na AON.

Fot. Internet

Maciążek: Największe zwycięstwo III Rzeczpospolitej

Piotr A. Maciążek

Największe zwycięstwo III Rzeczpospolitej miało miejsce 2 grudnia 1991 roku. To właśnie wtedy Polska uznała jako pierwsze państwo na świecie niepodległość Ukrainy. Tym samym udało się uniknąć błędu, który doprowadził do upadku naszego kraju w międzywojniu.

Fot. Internet

Uniknęliśmy nacjonalistycznej powtórki z międzywojnia

Jedyną efektywną szansą geopolityczną dla Polski położonej pomiędzy Niemcami i Rosją jest zwiększenie własnego potencjału poprzez konsolidację terenów leżących pomiędzy nimi. W przeciwnym wypadku jej niepodległość jest okresowa i wynika z osłabienia wielkich sąsiadów, lub ulega likwidacji w wyniku ich ekspansji bądź dominacji w obrębie asymetrycznego związku politycznego. To właśnie z tego powodu w międzywojniu Warszawa próbowała realizować projekt tzw. Międzymorza. Jak słusznie zauważa Jarosław Tomasiewicz w swoim ciekawym tekście zamieszczonym na łamach Nowych Peryferii „polityka ta była tyleż ambitna, co trudna. Nie uwzględniała np. sprzeczności pomiędzy krajami bałkańskimi a przede wszystkim ambicji Czechosłowacji, która polskiego południkowemu projektowi Międzymorza przeciwstawiała własny , równoleżnikowy projekt konfederacji naddunajskiej. Wobec tego , po 1934 roku, Czechosłowację, jako głównego konkurenta do hegemonii w Europie Środkowo- Wschodniej, starano się rozbić, nie pozyskać. Próba zawarcia sojuszu z państwami bałtyckimi spaliła na panewce na skutek konfliktów z Litwą (o Wileńszczyznę) i Łotwą (mniejszość polska w Łatgalii)”. Dodałbym od siebie, że przyczyną wszystkich powyższych rozbieżności a nawet konfliktów był nacjonalizm. Również na postawie wobec Czechosłowacji zaważyło przede wszystkim Zaolzie oraz przeświadczenie o tym, że południowy sąsiad targany wewnętrznymi sprzecznościami -a więc nacjonalizmami- jest efemerydą.

Cofając się jeszcze dalej w przeszłość ku idei federacyjnej, której rozwinięciem był projekt Międzymorza również musimy stwierdzić, że likwidacja Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej nie tylko spowodowała, że utraciliśmy potencjalnego sojusznika w walce z Sowietami, ale i na długi okres zdestabilizowaliśmy wewnętrznie własne państwo. Zatem już powierzchowna analiza realiów międzywojennych w Europie Środkowo- Wschodniej rodzi w nas konkluzje, że nacjonalizm i związane z nim konflikty terytorialne uniemożliwiły Polsce konsolidację terenów pomiędzy Niemcami i Rosją ergo skazały nasz kraj na okresową niepodległość bądź jej utratę.

To właśnie dlatego największe zwycięstwo III Rzeczpospolitej miało miejsce 2 grudnia 1991 roku. Dzięki temu wydarzeniu, które było w istocie triumfem myśli Giedroycia i Mieroszewskiego, uniknęliśmy nacjonalistycznej powtórki z międzywojnia, która dziś mogłaby przynieść podobny rezultat dla państwa polskiego. Powoli wychodząca z etapu osłabienia Rosja z pewnością łatwo rozgrywałaby skonfliktowane ze sobą państwa Europy Środkowo- Wschodniej.

Wygranie bitwy nie oznacza wygranie wojny

Znane powiedzenie „wygranie bitwy nie oznacza wygranie wojny” zwraca nam jednak uwagę na to, że po udanym zażegnaniu podziałów na naszym geopolitycznym podwórku, które mogłyby się okazać tragiczne w skutkach musimy na nowo spróbować je skonsolidować. W wielu aspektach tak właśnie się dzieje na płaszczyźnie porozumienia ze Szwecją czy wzmacniania Grupy Wyszehradzkiej (ostatnio podejmowane są nawet próby jej poszerzenia o Rumunię). Tak jak w międzywojniu problematyczny pozostaje stosunek obszaru byłej Czechosłowacji do Rosji, jednak tym razem Polsce sprzyja aksamitna rewolucja, która doprowadziła do powstania Czech i Słowacji. Dzięki temu Warszawa ma do czynienia z małymi podmiotami ergo w regionie brak „konkurenta do hegemonii w Europie Środkowej”.

Na uwagę zasługują jednak również negatywne trendy, które po 2007 roku bardzo się nasiliły. Chodzi mi przede wszystkim o zawartą w I expose ministra Radosława Sikorskiego klauzulę, która jest zresztą wcielana w życie, uzależniającą poziom relacji politycznych Polski ze swoimi sąsiadami od ich PKB. Moim zdaniem to jeden z głównych powodów złych relacji z Litwą. To w niej dopatrywałbym się największego zagrożenia dla zdobyczy 2 grudnia 1991 roku. Konsolidacja regionu Europy Środkowo- Wschodniej ma sens w odniesieniu do rywalizacji jaką Polska prowadzi z Niemcami i Rosją na wielkiej nizinie środkowo i wschodnioeuropejskiej. Ma ona swoje odniesienie również w realiach Wspólnoty Europejskiej o czym warto pamiętać. Z tej perspektywy koncentrowanie własnej aktywności politycznej na poziomie największych graczy tej części świata oznacza dla Warszawy izolację w sensie podwójnym. Zarówno w jej kontaktach z mocarstwami ze względu na zbyt mały potencjał jak i w kontaktach z państwami, które traktowane po partnersku mogłyby wzmocnić nasz południkowy potencjał stanowiąc zaporę dla interesów Niemiec i Rosji.

Południkowy blok geopolityczny- następny krok ku budowie Międzymorza

Na zakończenie chciałbym odnieść się jeszcze do zarzutu utopijności projektu Międzymorza. Podobny do niego projekt geopolityczny realizuje obecnie Szwecja (Plan Stoltenberga), w dodatku istnieją w tym państwie wyraźne dążenia do włączenia w ten projekt Polski. Ciężko moim zdaniem uznać Sztokholm za państwo nierozsądne, czy karmiące się mitami. Uważam Skandynawów za na wskroś pragmatycznych. Powinniśmy podać im rękę i wspólnie nadpisać kropkę nad i, którym było uznanie niepodległości Ukrainy w 1991 roku.

Fot. msz.gov.pl

Maciążek: Polsko- szwedzkie Przedmurze geopolityczne i rosyjska ekspansja

Piotr A. Maciążek

12 listopada br. w Gdańsku odbyły się pierwsze polsko- szwedzkie konsultacje w formule kwadrygi. Ich tematyka dotyczyła rozwoju wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony, bezpieczeństwa regionalnego, rozwoju współpracy dwustronnej i polityki wschodniej.

Fot. msz.gov.pl

Próba zwiększenia polskiego potencjału politycznego w ewentualnej konfrontacji z Moskwą poprzez poszukiwanie sojusznika nad Bałtykiem nie jest niczym odkrywczym. Autorem tych planów był Jan Zamoyski, który w wyborze Zygmunta III Wazy dostrzegał nie tylko jagiellońską krew jaka w nim płynęła, ale przede wszystkim możliwość zażegnania walki o Dominium Maris Baltici, co umożliwiłoby ukierunkowanie potencjału Rzeczpospolitej i Szwecji przeciwko Rosji (do czego de facto doszło w okresie wielkiej smuty, mimo wrogości obu krajów). Dziś nowe wcielenie tej geopolitycznej idei ma o wiele korzystniejsze warunki rozwoju.

Zarówno Warszawa jak i Sztokholm imperialną przeszłość mają już za sobą i to z tego samego powodu- rosyjskiej ekspansji. Rozpatrując ją z perspektywy geopolitycznej dochodzimy do wniosku, że upadek ZSRS jest jedynie strategiczną pauzą. Kreml znów staje się coraz bardziej asertywny co przekłada się na wzrost zaniepokojenia Polski i Szwecji. Oba kraje reagują na powyższy problem podobnie według wymogów jakie postawiła przed nimi historia będąca pochodną ich geograficznego położenia. Warszawa z różnym skutkiem próbuje od dwóch dekad rozbudowywać swój potencjał odstraszający integrując obszary wchodzące niegdyś w skład przedrozbiorowej Rzeczpospolitej bądź rządzone przez Jagiellonów (Grupa Wyszehradzka). Szwecja realizuje natomiast przystosowany do obecnych realiów plan Dominium Maris Baltici, który wyraża się w dwóch projektach.

Tzw. “Plan Stoltenberga” zawiera wytyczne dotyczące zawarcia sojuszy wojskowych Szwecji z Estonią, Łotwą, Litwą, Finlandią, Norwegią i Danią. W obliczu zmieniających się realiów geopolitycznych i rosnących wpływów Rosji na akwenie bałtyckim- Sztokholm postanowił zrezygnować z tradycyjnej neutralności, związać się z ościennymi krajami oraz zwiększyć wydatki na obronę. W zeszłym roku został zgodnie z wytycznymi planu zawarty sojusz obronny Szwecji i Estonii. Kraje skandynawskie i bałtyckie wiąże zresztą również współpraca w formacie „NB8” (Estonia, Litwa i Łotwa oraz Finlandia, Dania, Islandia, Norwegia i Szwecja) ściśle związanym z ideą “Planu Stoltenberga”. Warto wspomnieć także o innych formach aktywności wojskowej Szwecji takiej jak “Nordycka Grupa Bojowa” będąca częścią grup szybkiego reagowania UE.

Polskie i szwedzkie plany geopolityczne wraz z upływem czasu dojrzewają i zaczynają przynosić pierwsze owoce. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że w obu stolicach- Warszawie i Sztokholmie zaczęto zdawać sobie sprawę, że obie struktury należy połączyć- tworząc południkowy blok wspólnych interesów w obrębie UE, ale i szerszych, który stałby się przedmurzem dla coraz bardziej asertywnej Rosji. Echa takiej postawy odnajdziemy nie tylko w regularnych już podwójnych wizytach Sikorski- Bildt na wschodzie (ostatnio w Gruzji), ale również w oficjalnych dokumentach. „Priorytety Polskiej Polityki Zagranicznej 2012-16” umiejscawiają na północ od naszego kraju „strategiczny sojusz” ze Szwecją i „istotne pole współpracy gospodarczej z Radą państw Morza Bałtyckiego”. Zresztą w dyplomatycznych kuluarach coraz głośniej mówi się o tym, że Sztokholm chciałby poszerzyć pierwotny katalog Stoltenberga o Polskę. Czy istnieje realna szansa realizacji tego projektu? Do publicznych wiadomości przedostaje się niewiele informacji na ten temat, wiadomo jedynie, że Minister Tomasz Siemoniak podczas tegorocznej wizyty Króla Norwegii w Polsce poruszał temat omawianego powyżej projektu politycznego.

W chwili obecnej jedyną smugą na procesach geopolitycznych zachodzących południkowo od Skandynawii po Europę Środkową kładzie się pewne rozedrganie naszego MSZu. Duża liczba krajów wchodzących w skład Planu Stoltenberga i Grupy Wyszehradzkiej (a nawet Grupy Wyszehradzkiej poszerzonej o Rumunię) napawa niepokojem co do powodzenia całej operacji, która mogłaby się stać nowym „Przedmurzem” lub „Międzymorzem” rodzimej myśli geopolitycznej. Z tego powodu takie same starania -często np. w kwestii kaliningradzkiej sprzeczne z interesami „południkowymi”- Rzeczpospolita podejmuje w stosunku do ścisłego związania się z Republiką Federalną Niemiec, a ściślej „obozem niemieckim” w obrębie UE.

Piotr A. Maciążek

Fot. Internet.

Maciążek: Dlaczego z Niemcami? Przedwojenne dylematy geopolityczne powracają podczas kolejnej rocznicy niepodległości

Piotr A. Maciążek

Kolejne święto niepodległości to kolejna -tym razem 94- rocznica wielkich zmian politycznych w sercu Europy, tymczasem przed Polską stoją nadal podobne dylematy geopolityczne, co w dwudziestoleciu międzywojennym.

Fot. Internet.

Niemcy

Nie bez powodu wielkie emocje w kraju wzbudziła niedawno wydana książka Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop-Beck”, korespondująca z rzeczywistym, postępującym zbliżeniem polsko- niemieckim i gwałtownym wzrostem znaczenia RFN w Europie. Na oficjalnych stronach MSZ znajdziemy już dwa blogowe wpisy na ten temat, a przecież dopiero uruchomiono nową odsłonę wspomnianej witryny. Sam Minister Spraw Zagranicznych moim zdaniem także nawiązuje do tez Zychowicza i ostatnimi czasy kreuje się na człowieka, który poprawia polską historię. Poprawia w sposób „pragmatyczny” w przeciwieństwie do „romantycznej” opozycji a świadectwem tego jest berlińskie przemówienie sygnalizujące zacieśnianie więzów z Niemcami. Oficjalnie z powodu konieczności neutralizacji tego państwa w obrębie Unii Europejskiej, którą należy utrzymać przy życiu za wszelką cenę. W rzeczywistości natomiast po to, aby wykorzystać według ministerialnych zamysłów „niemiecką trampolinę” i wciągnąć Polskę do klubu czołowych graczy starego kontynentu. Problem w tym, że będzie to oznaczało izolację naszego kraju w tym ekskluzywnym klubie. Izolację z powodu miejsca, które zajmiemy nie dzięki własnemu potencjałowi, ale dzięki poparciu Berlina. W tym sensie bardziej korzystną opcją poprawiania rodzimej historii byłaby powściągliwość w stosunku do Niemiec i rozbudowa politycznego zaplecza w orientacji południkowej- od Skandynawii, wokół której skupiają się również kraje bałtyckie po Grupę Wyszehradzką Plus (z Rumunią). Siłę Berlina w Unii Europejskiej powinno się balansować za pomocą takiego geopolitycznego Międzymorza, inaczej wzrastające wpływy Bundesrepubliki mogą je osuszyć i przekształcić w nową formę Mitteleuropy.

Rosja

Podobnie jak coraz bardziej asertywne Niemcy, III Rzeczpospolita musi poradzić sobie z coraz pewniejszą siebie Rosją. Tutaj Minister Sikorski również przyjął postawę reformisty rodzimej historii i przeprowadza reset z Moskwą za pomocą działań bilateralnych i idei Trójkąta Kaliningradzkiego. Dziś przekuwa się ją na Szucha w konkret. Jednym z nich jest korzystna dla Rosji umowa o małym ruchu granicznym z Kaliningradem. Do takiego rozwiązanie Prezydent Putin dążył od niemal dekady (padały np. propozycje powstania eksterytorialnej kolei Moskwa-Kaliningrad przez m.in. terytorium litewskie). Tymczasem Polska nie zyskując na umowie nic- nie zniosła ona bowiem ceł, nie uregulowano w niej kwestii żeglugi po Cieśninie Pilawskiej i blokowania przez Rosjan portu w Elblągu, (wyłączono z porozumienia porty i lotniska) dała projektowi zielone światło. Wiele wskazuje również, na to że reset może dotyczyć kwestii energetycznych, co przejawia się ostatnio nie tylko w obniżce cen gazu, czy rekordowym kontrakcie Orlenu dotyczącym dostaw ropy naftowej, ale szerzej w haśle „albo łupki albo atom”. Myślę, że taka postawa MSZ wynika właśnie z „kwestii niemieckiej”. Pewność jaką daje ścisły związek z Niemcami i popieranie ich wszelkich inicjatyw powoduje, że czerwona linia jaką wyznaczają one Rosji przebiega wzdłuż Bugu. I faktycznie w zawoalowanej formie ostrzeżenie dotyczące nie przekraczania tego limesu pod kątem Putina padło z ust Angeli Merkel na Westerplatte. Taka sytuacja ma jednak swoje mroczne strony, jest nią w zasadzie pozostawienie wolnej ręki Moskwie na dawnym obszarze postsowieckim, którego nie objęły zachodnie procesy integracyjne. Pierwszymi symptomami podziału stref „uprzywilejowanych interesów” w Europie jak nazywa je Siergiej Ławrow jest stosunek RFN do kwestii Naddniestrza, bojkot Ukrainy, czy wyjątkowa niechęć jaką Berlin darzył Micheila Saakaszwilego i jego ekipę. Taki podział jak już wspomniałem może się odbić czkawką również „Mitteleuropie”… Ruchy resortu Sikorskiego bazujące na podejmowanej próbie wzmacniania buforów geopolitycznych oddzielających nas od Rosji (jako dodatkowych obok gwarancji Berlina zabezpieczeń) napotykają, więc na bazie polityki zbliżenia z Niemcami na trudności. Bundesrepublika jak łatwo zauważyć straciła już zainteresowanie Partnerstwem Wschodnim. Pierwotne wsparcie dla tego projektu wynikało jedynie z próby zrównoważenia francuskiego analogu dotyczącego Morza Śródziemnego. Intratna współpraca z Rosją w połączeniu z zachowaniem przez nią czerwonej linii przebiegającej wzdłuż Bugu jest zatem na dzień dzisiejszy korzystniejsza dla Niemiec od koncepcji polskiego protegowanego. Receptą na taki stan rzeczy znów wydaje się większa elastyczność Rzeczpospolitej wobec swojego zachodniego sąsiada i wzmacnianie południkowych relacji geopolitycznych, o których wspomniałem. Kluczowe pod tym względem są szczególnie inicjatywy energetyczne na obszarze od Skandynawii i państw bałtyckich po Grupę Wyszehradzką Plus. Mam tu na myśli wykorzystanie Estonii do blokowania budowy kolejnych nitek Nord Streamu, budowę polskiej elektrowni atomowej, mostu energetycznego z Litwą i izolowanie Kaliningradu. Wszystkie te projekty – a wymieniłem pierwsze z brzegu- wzmocnią pozycję Polski zarówno w wymiarze regionalnym jak i europejskim, ale co warto zaznaczyć godzą w interesy niemieckie i rosyjskie a ich realizacja z powodu dbałości o relacje dwustronne wcale nie jest oczywista.

Mocarstwo zamorskie czyli odskocznia od układu Niemcy- Rosja

Wreszcie podobnie jak w międzywojniu aktualny pozostaje dziś wariant wpływania Polski na tradycyjny układ Niemcy- Rosja. Jest nim mocarstwo zamorskie, w roli Wielkiej Brytanii występują natomiast Stany Zjednoczone. W tej kwestii polityka Sikorskiego także stanowi próbę poprawienia rodzimej historii za pomocą Niemiec. Działania resortu wskazują na to, że związek z Berlinem i uzyskanie dzięki niemu dostępu do ekskluzywnego gremium decyzyjnego w Europie ma rekompensować niekorzystne dla Polski trendy geopolityczne. Gwarancje amerykańskie wobec polski są dziś na poziomie bilateralnym mniejsze niż brytyjskie przed wojną natomiast postawa administracji Obamy niechętna Europie Środkowej stąd jak się wydaje, proniemiecki kierunek polityki Sikorskiego i brak próby forsowania dodatkowych poza NATO gwarancji, które miałyby wzmacniać polskie bezpieczeństwo. Kwestia rotacyjności sił amerykańskich stacjonujących na terytorium Polski faktycznie nie napawa optymizmem i zdaje się utwierdzać MSZ w tym przekonaniu. Świadczy bowiem o tym, że ustalenia poczynione z Borysem Jelcynem nadal są w mocy, większych agend, sił i baz Sojuszu u „nowych” członków Paktu na razie nie będzie. Tutaj receptą na kurs Ministra Sikorskiego znów staje się wzmocnienie południkowej orientacji geopolitycznej, którą wspominam po raz trzeci. Wariant mocarstwa morskiego powinien ją uzupełniać. Międzymorze od Skandynawii po Grupę Wyszehradzką Plus wzmacniałoby rolę Polski jako partnera USA, ale przecież nie tylko- o czym świadczy zjazd głów państw regionu do Warszawy na spotkanie z chińskim Premierem Wenem Jiabao. Tylko partnerstwo stanowi gwarant sojuszu politycznego, nie jest takim gwarantem klientelizm. Niestety analiza posunięć polskiego MSZ rodzi konkluzje, że właśnie w tej drugiej formie poszukuje ono panaceum na geopolityczne bolączki dotykające Polskę. Są one -jak to w geopolityce bywa- bardzo podobne do tych sprzed 94 lat.

Fot. Stratfor

Maciążek: Izrael najpełniej realizuje myśl geopolityczną Piłsudskiego?

Piotr A. Maciążek

George Friedman, szef Stratforu, w wywiadzie udzielonym Rzeczpospolitej odsyła Polaków myślących o bezpieczeństwie swojego kraju do… Piłsudskiego i Izraela.

Fot. Stratfor

Nie jest to porównanie przypadkowe nawet z historycznego punktu widzenia. Czołowy polski geopolityk- praktyk miał bowiem niebagatelny wpływ na budowę państwa żydowskiego. Nielegalna, podziemna organizacja zbrojna Irgun, która powstała z inspiracji Żabotyńskiego odwoływała się do doświadczeń Piłsudskiego, od terroryzmu po POW. W grudniu 1943 roku na czele Irgunu stanął Menachem Begin - urodzony na terenach Polski jako Mieczysław Biegun. Wielokrotnie podkreślał on, że wzorcem dla jego działań były polskie legiony.

Izrael przede wszystkim jednak podobnie jak Piłsudski pamięta o swojej historii -podkreśla Friedman- dlatego przeznacza 6% PKB na zbrojenia i liczy głównie na siebie. Nie tylko w kwestii przemysłu obronnego, czy finansowania armii, ale także udziału społeczeństwa w obronie kraju. Słowa te przypomniały mi o głównej konkluzji „Raportu Strategicznego Siły Zbrojne RP 2012″ przygotowanego przez profesorów Akademii Obrony Narodowej. Przytacza on słowa Zbigniewa Brzezińskiego, który na początku lat 90 tych podkreślał, że Polska powinna przyswajać sobie model  wojny hybrydowej.

Zdaniem „Zbiga” obok sprawnej armii zdolnej do kooperacji z NATO należy zadbać o drugi komponent tj. wyszkolenie społeczeństwa do ewentualnych działań dywersyjnych. Myśl tą delikatnie podkreśla również Friedman akcentując konieczność przynajmniej 3 miesięcznej obrony przez Polskę, tak by Stany Zjednoczone miały czas na sojuszniczą reakcję w przypadku ewentualnego konfliktu zbrojnego. Tymczasem zamiast 3 miesięcznej obrony modernizowana armia RP posiada 3 dywizje lądowe zdolne obsadzić 50 km frontu. Innymi słowy doszło do paradoksalnej sytuacji, w wyniku której myśl Piłsudskiego realizuje najpełniej państwo żydowskie. Natomiast Rzeczpospolita zupełnie zapomniała o tym, że leży pomiędzy Rosją i Niemcami budując armię ekspedycyjną a nie obrony terytorialnej, choć jak zauważa Friedman: „NATO dziś niewiele znaczy. Nie ma sojuszu. Są jakieś spotkania urzędników i oficerów w Brukseli.”

Tak mała armia w chwili obecnej odstrasza jeszcze Rosję, ale sytuacja szybko może ulec zmianie. Kraj ten już dziś ma bardzo silne wojsko w wymiarze regionalnym i ciągle je wzmacnia (będzie je finansować z ropy lub odkrytych właśnie bilionów karatów diamentów). W tym kontekście przeszkolone społeczeństwo wzmocniłoby zdolności odstraszające i podniosło koszty ewentualnej wojny prowadzonej przez Moskwę. Podobnie rzecz ma się z sojuszami. Friedman twierdzi, że warto powrócić do międzywojennych koncepcji Piłsudskiego- „Międzymorza”.

Być może najbardziej uderzające w całym wywiadzie przeprowadzonym z Friedmanem jest to, że argumentując z dystansem obecną sytuację Polski, jako panaceum na jej deficyty regionalnego bezpieczeństwa poleca on stare sprawdzone metody. Dziś nad Wisłą niemodne i wyśmiewane- dodajmy. Szef Stratforu ma jednak ten luksus, że nie musi zwracać uwagi na nasz lokalny dyskurs posiłkując się jedynie suchymi faktami i relacjami swoich źródeł w zaciszu amerykańskiego gabinetu. Jest jeszcze coś co odróżnia myśl Friedmana od lokalnych trendów intelektualnych. Traktuje on sentencję „jeśli chcesz pokoju, szykuj wojnę” jako odzwierciedlenie realiów politycznych a nie pokrytą kurzem antyczną maksymę…

Jedna z propozycji Federacji Intermarum. Źródło: wikipedia.

Hańderek: Międzymorze nie jest antykwaryczne

Marek Hańderek

Jedna z propozycji Federacji Intermarum. Źródło: wikipedia.

W kręgach współczesnych polskich geopolityków, zwłaszcza tych młodego pokolenia, związanych z częstochowskim Instytutem Geopolityki, dość powszechne jest przeświadczenie, iż to właśnie oni poznali pewne prawa historii, polityki, a przede wszystkim geopolityki.

JESTEŚ JUŻ FANEM POLITYKI WSCHODNIEJ NA FACEBOOKU?

Widocznym tego przejawem jest protekcjonalne traktowanie osób nawiązujących współcześnie do ukutych w poprzednich wiekach projektów geopolitycznych takich jak np. idea Międzymorza. Międzymorze to najprościej rzecz ujmując blok państw między Morzem Bałtyckim i Morzem Czarnym, który miałby być barierą przed ekspansją niemiecką na wschód i rosyjską na zachód, czy też ich współpracą dla podzielenia się wpływami w regionie. Jednocześnie przynależność do bloku mogłaby pozwolić na zachowanie podmiotowości i suwerenności jego członkom, gdyż żadne z państw, które mogłyby go współtworzyć nie ma potencjału ani nawet zamiaru zdominować i uzależnić innych partnerów. Wpadnięcie do niemieckiej lub rosyjskiej strefy wpływów musi się wiązać przynajmniej ze znacznym ograniczeniem suwerenności.

POROZMAWIAJ Z NACZELNYM NA TWITTERZE

Myślenie w kategoriach niepodległych państw, czy tworzenia bloku przez średnie i małe państwa europejskie jest przez wspomniane środowisko określane jako myślenie kategoriami dziewiętnastowiecznymi, antykwarycznymi. Jego publicyści podkreślają, że świat w XXI wieku musi być i będzie złożony z kilku imperiów, że nie ma miejsca na niepodległe państwa narodowe, gdyż nie są one w stanie same się utrzymać. Polska winna znaleźć się w największym i najpotężniejszym tworze kontynentalnym, rozciągającym się od Władywostoku do Lizbony. Warto podkreślić w tym miejscu pierwszeństwo miasta rosyjskiego, ponieważ forsowanie tej koncepcji nakłada się na zarysowany całkiem niedawno projekt byłego doradcy Władimira Putina – Siergieja Karaganowa. Młodzi polscy geopolitycy są więc poniekąd wyrazicielami neoimperialnych dążeń współczesnej Rosji, która pragnie wciągnąć do współpracy Europę Zachodnią i odciąć ją od dotychczasowych związków ze Stanami Zjednoczonymi. W myśl tej idei Polska również powinna zrezygnować z roli „konia trojańskiego Ameryki” i szukać sojuszników blisko, a wrogów daleko – jak rzekomo wskazują stare prawidła. Aż ciśnie się w tym miejscu na usta pytanie, czy aby nie są to prawidła dziewiętnastowieczne lub antykwaryczne? Czy w dobie globalizacji i udowadniania sensowności budowania imperium od Atlantyku do Pacyfiku, w którym Władywostok jest „sojusznikiem” Lizbony, tak wielkim problemem jest sojusz Warszawy i Waszyngtonu? To zaledwie jedna nieścisłość tej koncepcji. Cały szereg innych wskazał Piotr Maciążek w swojej recenzji książki Leszka Sykulskiego pt. „Ku Nowej Europie. Perspektywa związku Unii Europejskiej i Rosji”.

Najlepszym przykładem na to, iż we współczesnym świecie można szukać przyjaciół daleko i że tym przyjacielem mogą być Stany Zjednoczone, jest Izrael. Trudno sobie wyobrazić  przetrwanie tego państwa, otoczonego wrogimi państwami arabskimi, bez znacznej pomocy USA. Ponadto zarówno historia jak i geopolityka uczą, że małe i średnie państwa europejskie zagrożeń mogą spodziewać się przede wszystkim we własnym otoczeniu, nie zaś upatrywać ich np. za oceanem. I takim zagrożeniem dla Polski oraz Europy Środkowej jest neoimperializm rosyjski, a poniekąd i niemiecki, choć realizowany w mniej agresywny sposób. Częstochowscy geopolitycy tymczasem proponują współpracę z jednym i drugim sąsiadem, odrzucenie starych „obaw” i „mitów”. Tylko czy wielowiekowe doświadczenia można określać jako mity? Skąd młodzi geopolitycy mają pewność, że projekt Europy takiej jaką chcą ją widzieć zostanie podjęty przez Niemcy i Rosję, że nie zwycięży w umysłach ich kierownictwa sprawdzona koncepcja podziału stref wpływów w Europie Środkowej? Leszek Sykulski i jego współpracownicy deklarują się jako realiści. Realizm więc wskazuje, że znacznie łatwiej o podział stref wpływów niż o integrację, a właściwie podporządkowanie centrum imperialnemu, ogromnej przestrzeni od oceanu do oceanu.

Jeśli już trzymać się paradygmatu o poszukiwaniu sojuszników blisko, to niech będą to państwa małe i średnie, związek z którymi nigdy nie zmieni się w ich protektorat nad Polską. Państwa, które tak jak Polska mogą mieć obawy przed dominacją niemiecką i rosyjską. I pod tym kątem rozpatrując sprawę, rysuje się naturalnie sojusz określany jako Międzymorze. Od Szwecji, przez Finlandię, państwa bałtyckie, Ukrainę, Polskę, Czechy, Słowację, Węgry po Rumunię ciągnie się pas państw, które mogłyby taki blok stworzyć. Państwa te nie mają interesów globalnych, nigdy nie zagrożą pozycji Stanów Zjednoczonych. Mogą natomiast być barierą przed wzmocnieniem Niemiec, a zwłaszcza Rosji, która pragnie znów być mocarstwem światowym i interesom amerykańskim może zagrozić. W tej rywalizacji imperiów, jeśli już sytuacja zmusza do opowiedzenia się po którejś ze stron, zdecydowanie lepiej mieć patrona za oceanem niż u własnego boku. Ten daleki sojusznik nie będzie sobie rościł pretensji do terytoriów swoich aliantów, będzie mu również zdecydowanie trudniej wpływać na ich politykę wewnętrzną, niż ewentualnym imperialnym protektorom zza miedzy.

I ostatnia sprawa o jakiej krótko pragnę wspomnieć w tym tekście, a która wskazuje na szkodliwość „Nowej Europy od Władywostoku do Lizbony” to sprawa aksjologii i wpływu obywateli na państwo, w którym przyjdzie im żyć. Nie ulega wątpliwości, że znacznie łatwiej wpływać obywatelom na losy małego czy średniego państwa narodowego niż kolosa liczącego miliony kilometrów kwadratowych powierzchni, zamieszkiwanego przez dziesiątki narodów o różnej mentalności, wartościach, ideałach i celach. Łatwiej również o obronę swobód obywatelskich i własnego systemu wartości. Trudno sobie wyobrazić jak mieszkańcy mieliby oddziaływać na politykę postulowanego przez Karaganowa czy Leszka Sykulskiego imperium. Wydaje się, że byłyby to wzorce sprawdzone w Rosji od wieków – czyli praktycznie nijak. Zresztą w niektórych swoich enuncjacjach częstochowscy geopolitycy, za wybranymi klasykami tej dziedziny badań, powtarzają, iż geopolityka nie interesuje się kwestiami aksjologicznymi, odrzuca aspekty etyczne w polityce, zaś świat ujmuje jako pole stałej konfrontacji, w której najważniejsze jest zdobycie przewagi. A więc nie liczą się jednostki, grupy społeczne, narody, ich dążenia, ideały, religie. To co interesuje geopolityków to potencjały, statystyki, liczby dające siłę.
Piotr A. Maciążek. Fotografia: Irena Maciążek

Maciążek: Na gruzach Międzymorza…

W ciągu kilku lat oblicze Nowej Europy Wschodniej zmieniło się nie do poznania. Zmienia się międzynarodowa koniunktura, a co jest może bardziej przerażające- zmiany te ogarniają także UE. Czy jako kraj jesteśmy na to przygotowani?

Piotr A. Maciążek. Fotografia: Irena Maciążek

Wybory prezydenckie na Białorusi wpędziły Łukaszenkę w izolację. Wielki kryzys finansowy, który dotknął ten kraj zaowocował prorosyjskim zwrotem i powolnym wpadaniem w zależność od sąsiada ze wschodu. Dziś nad Świsłoczą odświeża się obumarłą ideę Związku Białorusi i Rosji, podpisuje dokumenty związane z Unią Celną (Rosja+ Białoruś+ Kazachstan) i jej pochodną- Unią Euroazjatycką a nawet debatuje nad zmianami w statusie OUBZ ( tzw. rosyjskie NATO). Białoruś to obecnie najbardziej zaawansowany w procesie integracji kraj i nie chodzi tu bynajmniej o integrację z UE…

Ukraina jest dziś o wiele bliżej Moskwy niż u progu polskiej prezydencji w UE. Tymoszenko nadal odbywa karę, Szkoda, że przy współudziale prezydenta Komorowskiego jej osoba stała się zakładnikiem cywilizacyjnego zwrotu kraju nad Dnieprem. Wspólnota pogrąża się w coraz większym kryzysie i traci zainteresowanie polityką sąsiedzką. Zupełnie inaczej postępuje kreml, który proponuje Ukrainie członkostwo w Unii Euroazjatyckiej oraz strefę wolnego handlu w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw. 19 grudnia ma odbyć się szczyt UE- Ukraina, ale nie będzie to prawdopodobnie jedyne miejsce, w które uda się Wiktor Janukowycz. Z pewnością wsiądzie w samolot i popołudniem odleci na spotkanie Unii Euroazjatyckiej.

Stosunki polsko- litewskie wkroczyły w okres epoki lodowcowej na kanwie problemów oświatowych polskiej mniejszości na Wileńszczyźnie. Polsko- litewska komisja poczęta po misji ratunkowej Tuska poniosła fiasko. Akcja Wyborcza Polaków na Litwie ustami swojego lidera- Waldemara Tomaszewskiego zapowiada dalsze protesty. Rzeczpospolita stała się zakładnikiem poczynań swojej mniejszości na Litwie na własne życzenie, eskalacja napięcia na linii Warszawa- Wilno będzie więc postępować równolegle, do eskalacji na linii AWPL- władze litewskie.

Po upadku banku Snoras i upadłości jego łotewskiej spółki- córki, Ryga będzie zmuszona wypłacić jej klientom rekompensaty z własnego, wychudzonego budżetu. Odbija się to niekorzystnie na stanie stosunków litewsko- łotewskich. Ryga jest wściekła, jakiś czas temu, gdy upadał łotewski bank- ratowano przecież jego litewski „ oddział”. Bałtycka solidarność zostanie poddana poważnej próbie.

Partnerstwo Wschodnie obumiera. Niemcy wolą wspierać projekt Partnerstwa dla Modernizacji, czego świadkami byliśmy obserwując niedawny list Sikorskiego i Westerwellego. Berlin jest zainteresowany współpracą z Rosją a nie licznym pokłosiem upadku Związku Sowieckiego. Zresztą w dobie kryzysu pieniądze oferowane przez Partnerstwo Wschodnie są w porównaniu z ofertą rosyjską śmieszne.

W takiej rzeczywistości przychodzi nam żyć, w ciągu kilku lat oblicze Nowej Europy Wschodniej zmieniło się nie do poznania. Zmienia się międzynarodowa koniunktura, a co jest może bardziej przerażające- zmiany te ogarniają także UE. Czy jako kraj jesteśmy na to przygotowani?

Piotr A. Maciążek

Svarinskas

Radczenko: Vilnius mūsų, o mes?

„O Vilnius mūsų buvo ir bus (A Wilno nasze było i będzie)“ – pod takim hasłem 28 października grupka skinheadów z Litewskiego Związku Młodzieży Narodowej i emerytowanych zwolenników odradzających się tautinkasów świętowała 72 rocznicę odzyskania przez Litwę Wilna.

Ksiądz Svarinskas- kapelan litewskich nacjonalistów. Źródło: lt.wikipedia.org, Creative Commons

Organizatorzy wiecu wzywali Litwinów do „aktywnego udziału by liczbą uczestników przebić akcje organizowane przez niektórych polskich szowinistów”. Jednak najwyraźniej Litwini woleli piątkowy wieczór spędzić w knajpach, klubach, w kinie lub przed telewizorami. Na placu łukiskim zebrało się nie więcej niż sto osób, których Ks. Alfonsas Svarinskas, były dysydent, a obecnie de facto „nadworny kapelan” litewskiego Talibanu, przestrzegał przed niebezpieczeństwem. Okazuje się wrogowie i dzisiaj chcą odebrać Litwie Wilno (sic!). Kim są ci wrogowie Svarinskas co prawda nie wyjaśnił, ale odpowiedź wydaje się być oczywista, skoro wiec miał na celu zaprotestowanie przeciwko „imperialistycznym zakusom Polski”. Szopka? Oczywiście, że szopka, ale nawet szopka czasami odzwierciedla pewne tendencje.

W roku 1994 podpisując Traktat polsko-litewski obie strony zdecydowały, że historię należy pozostawić historykom. W preambule Traktatu klarownie zapisano, iż Rzeczpospolita Polska i Republika Litewska zawierają tę umowę:

„pomne złożoności historii naszych narodów oraz wielowiekowej bliskości Polaków i Litwinów, biorąc pod uwagę możliwości odmiennego rozumienia wspólnej historii przez oba narody, podkreślając, że świadomość dobrych i złych kart z historii naszych państw ma służyć utrwalaniu wzajemnego zrozumienia pomiędzy narodami polskim i litewskim w jednoczącej się demokratycznej Europie, wyrażając żal z powodu konfliktów między obydwoma państwami po zakończeniu I wojny światowej, kiedy po długotrwałej niewoli Polacy i Litwini przystępowali do budowy nowego, niepodległego życia, oraz potępiając używanie przemocy, które się zdarzało w stosunkach wzajemnych obu narodów”.

Niestety dziś po raz kolejny historia staje się częścią politycznych rozgrywek. Dyskusja historyczna staje się dyskusją polityczną i już nie ma znaczenia obiektywna prawda historyczna, tylko kto komu celniej przyłoży: za zajęcie Wilna, za Ponary, za AK, za LVR. Na broszurę Instytutu Pamięci Narodowej „Ponary – miejsce ludzkiej rzeźni”, wydaną z inicjatywy ministra Radosława Sikorskiego, w której padło stwierdzenie, iż w 1939 r. Litwa okupowała Wileńszczyznę, litewscy nacjonaliści odpowiadają broszurą Algimantasa Liekisa „Przegląd historycznych krzywd wyrządzonych Litwie przez Polaków”…

Jestem jak najbardziej za zbadaniem wszystkich – i tych ponurych, i tych chwalebnych – kart złożonej polsko-litewskiej spuścizny historycznej. Musimy znać prawdę. Musimy pamiętać i o mordach w Ponarach, i o mordach w Glinciszkach czy Dubinkach, nie po to by przy okazji wypominać te krzywdy sobie nawzajem, tylko żeby te wydarzenia nie powtórzyliby się nigdy więcej. Nie chcę jedynie by o ocenie tych wydarzeń decydowali ministrowie, posłowie i uliczni watażkowie…

Przed 90 laty polsko-litewski konflikt przekreślił szansę na zrealizowanie koncepcji Międzymorza – utworzenia federacji państw Europy Środkowej i Wschodniej między morzami Adriatyckim, Bałtyckim a Czarnym. Ani Polska, ani Litwa – jak się dziś okazuje nie bez udziału niemieckiej i sowieckiej dyplomacji – nie zgodziły się wówczas na rozwiązanie „kwestii wileńskiej” w sposób cywilizowany (np. poprzez plebiscyt na Wilenszczyźnie lub utworzenie dwukantonalnej Litwy, związanej ścisłym sojuszem z Polską). Oba kraje wybrali wówczas egoizm narodowy i budowę etnocentrycznych państw. Nie trzeba chyba nikomu przypominać, że nie minęły i dwie dekady, a nie tylko Polska i Litwa, ale wszystkie państwa mające być członkami federacji Międzymorza znalazły się w strefie wpływów ZSRR lub III Rzeszy. W 1940 r. – po utracie niepodległości – Litwini gorzko żartowali: „Vilnius mūsų, o mes rusų (Wilno nasze, a my – Rosjan)”. Czy dzisiaj, po 90 latach od tamtych wydarzeń, nie stajemy po raz kolejny na te same grabie?

„Uważam, że wszyscy patrioci powinni przeczytać Aleksandra Dugina, doradcę Władimira Putina. Według niego wspieranie polsko-litewskiego konfliktu jest rzeczą niezbędną dla sukcesu polityki euroazjackiej” – zauważa litewski historyk Alfredas Bumblauskas. Okazuje się jednak, że litewscy patrioci doskonale znają poglądy tego ideologa rosyjskiego rewanżyzmu. Przed rokiem sam Aleksandr Dugin (podobno w najbliższym czasie ma zastąpić Pawła Borodina na stanowisku sekretarza generalnego Związku Rosji i Białorusi) zapewniał w wywiadzie dla delfi.lt, że „nawiązanie kontaktów z litewskimi konserwatywnymi-patriotami było dla mnie bardzo interesującym doświadczeniem. Mam na myśli oczywiście nie tych, opowiadających się po stronie NATO, tylko  Litwinów o prawdziwie głębokich korzeniach i prawdziwej litewskiej świadomości narodowej”.  Wygląda na to, że mógł mieć na myśli właśnie Litewski Związek Młodzieży Narodowej, który słynie nie tylko z hasła „Litwa dla Litwinów”, ale i „Ne Rytams ir Vakarams (Nie dla Wschodu i Zachodu)”, a może i litewskich tautininkasów, którzy mają dawną, okresu międzywojennego siegającą tradycję współpracy z Rosją i pobierania „dotacji” w rosyjskiej ambasadzie. Ciekawie, czy prawdziwym „litewskim konserwatywnym patriotom” nie przeszkadza i ta wypowiedź Dugina:  „Rosja już czeka na nowy globalny rozbiór świata. Jeśli cokolwiek się stanie USA, jeszcze raz okupujemy kraje nadbałtyckie”…

Aleksander Radczenko