Archiwa tagu: Żurawski vel Grajewski

zeszyt

Radczenko: Tak kręci się ten świat

Każdy z nas ma w swoim życiu okres, gdy wydaje mu się, że cały świat kręci się tylko i wyłącznie wokół niego. Większość z nas pozbywa się tych iluzji jeszcze w dzieciństwie, gdy na lekcjach geografii dowiaduje się, że świat kręci się głównie wokół swojej osi. Niektórzy tracą je dużo, dużo później i jest to wówczas proces niezwykle bolesny. „Wróg zawsze powie ci prawdę, przyjaciel nigdy“ – brzmi jeden z najsłynniejszych aforyzmów Cycerona. Właśnie w takich kategoriach traktuje też wypowiedzi dr Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, które ukazały się w wywiadzie pt. „W stepie szerokim“ („Angora“), a następnie zostały wyjaśnione szerzej w tekście „W polityce liczą się skutki, a nie najlepsze nawet intencje” (kresy.pl) oraz burzliwą reakcję którą wywołały. Żurawski vel Grajewski powiedział bowiem to, co i tak wszyscy wiedzieliśmy: w polityce liczy się skuteczność oraz osiąganie zamierzonych rezultatów, a nie „ulżenie swemu sumieniu, poprzez wygłoszenie kilku mocnych zdań w słusznej sprawie”.

Pytanie „Czy można w imię interesu państwa zapomnieć o wspólnocie narodowej?” oraz odpowiedź na nie mieszczą się w kategorii moralnych dylematów, które nie wiele mają wspólnego z realpolitik. Gdy na szali leżą strategiczne interesy czterdziestomilionowej zbiorowości, jakkolwiek cynicznie to nie zabrzmiało, interesy ćwierćmilionowej zawsze zejdą na dalszy plan. Oczywiście pod warunkiem, że – jak sugeruje Żurawski vel Grajewski — interesy tej ćwierćmilionowej i czterdziestomilionowej zbiorowości są różne (o tym, że „racja stanu Rzeczpospolitej” może być inna pisze redaktor kresów.pl Tomasz Kwaśnicki). Jest to przykra wiadomość dla wszystkich tych, którzy liczą na rozwiązanie polsko-litewskich konfliktów przez czynniki zewnętrzne.

Jako Polak z Wilna rozumiem emocjonalną reakcję publicystki Lucyny Schiller na uwagi Żurawskiego vel Grajewskiego, który będąc ekspertem, a nie czynnym politykiem, pozwolił sobie na zbyt duży margines cynizmu i arogancji. Obawiam się jednak, że z tych emocji niewiele wynika i emocjami już od dawna nikt w polityce międzynarodowej się nie kieruje. Nie ulega żadnym wątpliwościom, że żaden polski rząd – ani poprzednie, ani obecny – nie traktował interesów polskiej mniejszości narodowej na Litwie w kategorii „być albo nie być”. Oczywiście nasze lokalne, wileńskie „jastrzębie” z całej duszy wolą obecną Warszawę, niż np. Warszawę Kwaśniewskiego, bo w oparach nowej „wojny” polsko-litewskiej zapewne dotacje i subsydia są bogatsze, a kontrola nad ich spożytkowaniem – mniejsza, ale poza tym, że być może ktoś na obecnym konflikcie robi nieco lepszy „geszeft”, nie widzę zasadniczej różnicy pomiędzy obecną a poprzednią polityką RP wobec mniejszości polskiej na Litwie. Zawsze problemy litewskich Polaków były tematem drugoplanowym, drugorzędnym i nadal takim pozostają, niezależnie od tego co oficjalnie mówią politycy i urzędnicy, i o czym piszą media. Jedyna różnica polega na tym, że za Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego polscy i litewscy politycy poufale poklepywali się nawzajem po plecach, wznosili toasty za „strategiczne partnerstwo” i solennie po raz n-ty przyrzekali rozwiązać wszystkie problemy mniejszości narodowych, bo to przecież „pikuś”, zaś za Komorowskiego i Tuska – na skutek zmiany dyskursu politycznego w Polsce  — wzajemne peany zostały zamienione na wzajemne afronty. Ani poprzednia, ani obecna jednak polityka nie przybliża nas ani na milimetr ku rozwiązaniu polsko-litewskiego sporu i ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków. Niezależnie od tego, czy zamiatamy nasze problemy pod dywan czy wykrzykujemy je na forum europejskim – wynik jest ten sam. Pat.

Żurawski vel Grajewski ma absolutną rację, gdy stwierdza, że „poza bezpośrednią presją militarną dla wymuszenia na Litwinach poszanowania praw Polaków na Wileńszczyźnie, inne środki nacisku będą nieskuteczne. Polska nie może jednak użyć wojska dla rozstrzygnięcia tego sporu”. Litwini doskonale zdają sobie sprawę, że dopóki Polska i Litwa są w Unii Europejskiej i NATO żaden konflikt zbrojny nie wchodzi w rachubę. Ba, nikt nawet nie jest w stanie zamknąć granicy polsko-litewskiej. Zaś reszta środków będących w arsenale Warszawy sprowadza się tylko do groźnego pokrzykiwania, które jedynie napędza głosy litewskim nacjonalistom. Zresztą ciągły wzrost polskich inwestycji na Litwie wskazuje, że nawet w Polsce nikt sytuacji nie odbiera serio. Jak podaje litewski Departament Statystyki w tym roku, podobnie jak i w poprzednim roku, Polska nadal jest największym inwestorem w gospodarkę Litwy. Do końca czerwca br. polskie inwestycje na Litwie wyniosły 5,137 mld litów (prawie 6,5 mld zł). W porównaniu z inwestycjami na koniec ubiegłego roku odnotowano wzrost o 26,7 proc.

Wydaje mi się, że największym błędem Żurawskiego vel Grajewskiego jest jednak nie arogancja i cynizm, tylko założenie że „kwestią strategiczną dla Polski jest polsko-litewska współpraca na międzynarodowym forum”. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że już od dawna tak nie jest. Polska powoli wycofuje się z aktywnej polityki wschodniej, podobnie czyni Litwa. Tusk obejmuje się z Putinem, Grybauskaitė – z Łukaszenką. W oczekiwaniu na drugą falę światowego kryzysu gospodarczego oba kraje ponad eksport demokracji przekładają walkę o rynki wschodnie, a ta wymaga elastycznej polityki wobec Białorusi, Ukrainy czy Rosji. Przywódcy naszych krajów z zaskakującą wręcz szybkością pozbywają się romantycznych iluzji doby „globalnej rewolucji demokratycznej” i zmierzają w stronę coraz bardziej pragmatycznej polityki, której hasłem przewodnim jest: „Każdy za siebie”. I polsko-litewska współpraca na arenie międzynarodowej już nie jest warunkiem sine qua non powodzenia takiej polityki.

Litwini i Polacy mieszkający na Litwie są na siebie skazani. Nie da się jednych czy drugich przesiedlić na jakąś grecką wyspę lub jakiś inny Madagaskar. Ani Bruksela, ani Moskwa, ani Warszawa nie rozwiąże za nas naszych problemów. Dlatego przyjemnie jest posłuchać czasami okolicznościowych przemówień warszawskich notabli wygłaszanych „ku pokrzepieniu serc”, jednak byłoby wyrazem największej ignorancji i braku rozwagi na nich budować strategię przetrwania polskiej mniejszości na Litwie. Nasz los – jest w naszych i tylko naszych rękach. Będziemy mieli taką rzeczywistość, taką Litwę, jaką sami sobie stworzymy. I tych alternatyw wcale nie jest zbyt wiele: albo stworzymy tolerancyjne, otwarte społeczeństwo oparte na zasadzie „wszyscy różni, wszyscy równi”, albo ukryjemy się jeden przed drugim w gettach i bantustanach, za zasiekami z drutu kolczastego, w okopach nienawiści. Im szybciej i liderzy Polaków wileńskich, i litewskie elity polityczne dojrzeją do zrozumienia tego lapidarnego aksjomatu – tym lepiej. I chyba to jest jedyny pozytywny dla nas wniosek z  „rewelacji” Żurawskiego vel Grajewskiego.

Aleksander Radczenko

Tekst jest częścią dyskusji, którą rozpoczęto na łamach serwisu Kresy.pl: